Szaleństwa polskich objawień

Sekretarko Mojego miłosierdzia, pisz, mów duszom o tym wielkim miłosierdziu Moim, bo blisko jest dzień straszliwy, dzień Mojej sprawiedliwości.
Faustyna Kowalska, Dzienniczek, 948

Być może nie muszę już stawiać kropki nad i i dopisywać czarno na białym dość oczywistego wniosku, jaki nasuwa się po przeczytaniu tych historii, a mianowicie, że Polska nie jest wolna od myślenia apokaliptycznego – mało tego, że siedzimy w centrum Apokalipsy jako naród zgnębiony pesymistycznym przeczuciem, ale może trochę sam dla siebie, żeby uspokoić sumienie, poczynię tych kilka uwag na nasz własny temat, żeby nie było, że przeszliśmy przez Apokalipsą suchą nogą.

Polska religijność ma długą tradycję objawień, wizji i proroctw, w których los jednostki, narodu i całego świata splata się z zapowiedzią katastrofy. Jeszcze przed rozbiorami kult Andrzeja Boboli obrósł opowieściami o jego pośmiertnych objawieniach, ale szczególnego znaczenia nabrał już po utracie państwa. W 1819 roku Bobola miał ukazać się w Wilnie dominikaninowi Alojzemu Korzeniewskiemu i zapowiedzieć, że Polska odzyska niepodległość po wielkiej wojnie narodów. W ten sposób narodowa klęska została wpisana w apokaliptyczny scenariusz: obecny świat musi umrzeć, wielka katastrofa dokona ostatecznego rozstrzygnięcia, a po niej nastąpi zmartwychwstanie Polski. W połowie XIX wieku podobna konstrukcja pojawiła się w Licheniu, gdzie pasterz Mikołaj Sikatka miał otrzymać od Maryi ostrzeżenie przed nadchodzącą epidemią cholery oraz wezwanie do modlitwy i pokuty. Gdy w 1852 roku epidemia rzeczywiście nawiedziła region, katastrofa potwierdziła proroctwo. 

Te objawienia trafiały na żyzny grunt polskiej kultury ludowej, której sposób myślenia Ludwik Stomma opisywał jako głęboko tradycjonalistyczny, mityczny i oparty na przekonaniu o istnieniu właściwego, ustanowionego porządku świata. (Doprawdy rekomenduję tego autora każdemu, kto marzy o zrozumieniu polskiej duszy.) Kiedy porządek ten zostawał naruszony przez wojnę, zarazę, nieurodzaj czy polityczną katastrofę, wydarzenie łatwo nabierało znaczenia metafizycznego. Nieszczęście było znakiem, kara miała swoją przyczynę, a przyszłość dawała się odczytać z symptomów pojawiających się w codzienności. Każda modernizacja była interpretowana jako znak w kierunku chaosu. Chłopom towarzyszyło silne przeczucie (być może słusznie), że obecny ład jest kruchy, że znaki zapowiadają nieszczęście i że katastrofa może nadejść w każdej chwili. Chrześcijańska apokaliptyka stała się architekturą tej wyobraźni, a konający Jezus jej naturalnym obrazem.

W drugiej połowie XIX wieku pojawia się Gietrzwałd. Objawienia z 1877 roku nie mają tak wyraźnego charakteru apokaliptycznego jak późniejsze wizje, ale stworzyły w polskiej kulturze religijnej niezwykle ważną matrycę: Maryja objawia się dwóm wiejskim dziewczynkom, Justynie Szafryńskiej i Barbarze Samulowskiej, przemawia do nich po polsku, wzywa do modlitwy różańcowej i nawrócenia, a miejsce staje się ośrodkiem masowych pielgrzymek. Wtedy Gietrzwałd znajdował się w Cesarstwie Niemieckim, w prowincji Prusy Wschodnie, choć sama Warmia miała silną ludność polskojęzyczną i katolicką. Do dziś Gietrzwałd pozostaje jedynym miejscem objawień maryjnych w Polsce oficjalnie uznanym przez Kościół. Najważniejsze z naszego punktu widzenia jest jednak coś innego: zostaje utrwalona kulturowa możliwość, że Bóg lub Maryja mogą ominąć całą hierarchię kościelną i przemówić bezpośrednio do zwykłego człowieka. Dziecko może wiedzieć coś, czego nie wie biskup.

O świętej Faustynie pisałem już dość obszernie w książce 365 lekcji religii dla całej rodziny, która chce się wyzwolić, gdzie – za Joanną Bator – nazywałem ją siostrą Fiksum Dyrdum. Interesowała mnie tam przede wszystkim jako postać tragiczna i ofiara chrześcijańskiej indoktrynacji: uboga wiejska kobieta, której wyobraźnia nie miała właściwie dostępu do żadnego innego języka poza religijnym. Helena Kowalska pochodziła ze społecznych dołów, wychowała się na klepisku, otrzymała kilka klas edukacji  i żyła w świecie, w którym dla wrażliwej dziewczyny repertuar dostępnych opowieści o własnym przeznaczeniu był wyjątkowo skąpy. Kościół dawał za to gotowe uniwersum: potężnego Jezusa i czułą Maryję, groźnego szatana, demony, kuszący grzech i słodkie zbawienie, piekło i niebo, cierpienie i ostateczny sąd. Można było wejść w tę opowieść i przestać być anonimową dziewczyną ze wsi. Można było zostać wybraną przez samego Boga – co dla dziewczyny, której możliwości kariery zawężały się do kuchty bądź do kurwy, było nie lada gradką. Faustyna zostawiła po sobie Dzienniczek który jest zapisem sadomasochistycznej relacji seksualnej z Jezusem i dokumentem mrocznej wyobraźni religijnej. Jezus siostry Fiksum Dyrdum nie jest radosnym zwycięzcą, który pokonał śmierć i wraca w glorii chwały. Jest facetem cierpiącym, poranionym, domagającym się współczucia… no i posłuszeństwa oraz kolejnych wyrzeczeń. Jezus, którego w tamtej książce nazywam Ryśkiem, znajduje lubość w dręczeniu Faustyny, niczym współczesny warszawski narcyz. Raz obdarza ją względami i sprawia, że czuje się specjalna, innym razem znika, pozostawiając ją w lęku, rozpaczy i poczuciu winy. Wtedy Faustyna ma ciemne myśli, widzi cierpiące dusze, doznaje namiętności erotycznych… no, ale to wszystko już opisałem, odsyłam do poprzedniej książki. Teraz zwrócimy uwagę na ponure wieszczenie. 

„Niech pozna cała ludzkość niezgłębione miłosierdzie Moje. Jest to znak na czasy ostateczne, po nim nadejdzie dzień sprawiedliwy”, mówi Jezus do Faustyny, co ona zapisuje w dzienniczku. Ach, jakże słodkie były te marzenia siostry Fiksum Dyrdum o miłosnym sponiewieraniu przez kochanka. W tej emocjonalnej huśtawce widzimy miniaturę całej chrześcijańskiej Apokalipsy. Bóg kocha, ale może ukarać. Chce wywyższyć, ale może dać klapsa. Miłosierdzie jawi się jako krwawa łaźnia, flaki i mózg na ścianie. Człowiek może zostać wybrany, ale tylko jeśli błaga, prosi i cierpi. Zbawienie jest zabawą kosmicznego narcyza. 

Miłosierdzie… co to w zasadzie oznacza? Łacińska misericordia łączy miser – nieszczęśliwy, cierpiący – z cor, cordis, czyli sercem, i oznacza dosłownie zwrócenie serca ku cudzemu nieszczęściu: współczucie, litość i gotowość niesienia pomocy komuś słabszemu lub cierpiącemu. Hebrajskie hesed oznacza nie tylko litość, lecz także trwałą dobroć, wierność i lojalność wynikającą z relacji czy przymierza. Rahamim wiąże się bardziej z głębokim współczuciem, czułością, wręcz uczuciem „z trzewi”. W greckim Nowym Testamencie najczęściej pojawia się eleos, czyli litość, współczucie, czynna pomoc temu, kto znajduje się w nieszczęściu. Ale u Faustyny pojawia się coś nowego… perwersyjnego. Miłosierdzie zaczęło bowiem oznaczać coś jakby osobnego, substancjalnego: pojawiło się „Boże Miłosierdzie” pisane wielkimi literami, Miłosierdzie jako tajemnica, źródło, kult i przedmiot osobnej dewocji. Jan Paweł II nadał tej konstrukcji rangę światową, ustanawiając Święto Miłosierdzia Bożego i czyniąc z Łagiewnik centrum jego kultu. W tej specyficznej teologii znaczenie słowa przesuwa się w osobliwym kierunku. Miłosierdzie nie oznacza już po prostu współczucia wobec cierpiącego, lecz staje się okresem zawieszenia kary: Bóg jeszcze przebacza, jeszcze daje szansę, jeszcze otwiera drzwi, ale czas już się kończy, a za chwilę nadejdzie „dzień sprawiedliwości”. Miłosierdzie okazuje się więc nie przeciwieństwem Apokalipsy, lecz jej ostatnim etapem przygotowawczym – odroczeniem wyroku, krótkim czasem łaski przed katastrofą. Miłosierdzie jest u Faustyny ostatnim ostrzeżeniem przed zamknięciem bramy. To typowe dla Faustyny: chwilę cię poprzytulam, a potem sponiewieram.

Faustyna – oprócz tego, że była po prostu osobą głęboko zaburzoną – to teolożka klasycznej struktury apokaliptycznej: świat jest pogrążony w grzechu, czas się kończy, Bóg wybiera proroka, prorok przekazuje ostrzeżenie, a ludzkość zostaje postawiona przed ostatecznym wyborem. Siostra Fiksum Dyrdum jako polski św. Paweł… 

Jeszcze w 1958 i 1959 roku władze kościelne ograniczały rozpowszechnianie nabożeństwa w formach wywodzonych z pism Faustyny, ale kilkadziesiąt lat później ta sama kobieta została jedną z najbardziej rozpoznawalnych świętych współczesnego katolicyzmu. Rzecz jasna dzięki Wojtyle. Papież zapewnił swojemu staremu arcybiskupstwu religijną franczyzę na dziesięciolecia. Grzmiał też Jan Paweł II tym samym złowieszczym tonem: W 2002 roku wieszczył w Łagiewnikach „iskrę”, która ma wyjść z Polski i przygotować świat na ostateczne przyjście Chrystusa. Wziął to z Dzienniczka. W ten sposób wpisał siostre Fiksum Dyrdum w globalne urojenia apokaliptyczne, a wraz z nią nadał Polsce szczególne miejsce: źródła Zagłady. Mamy ten sam mechanizm, który obserwujemy w apokaliptycznych ruchach od wieków: z peryferii przychodzi wybrany posłaniec, niewielka wspólnota staje się centrum świata, a lokalna historia zostaje podniesiona do rangi wydarzenia kosmicznego. 

Więc nie sądźcie, że Polska uchyla się od zadań apokaliptycznych! Nie nie! Polska jest w samym jądrze Apokalipsy. Należy tylko mieć nadzieję, że nie będziemy później musieli tworzyć komiksów o Godzilli.  

Mamy tu jeszcze kilka ciekawych wątków, żeby Faustyna nie poczuła się samotna. Są objawienia Władzi Fronczak, później Papis z warszawskich Siekierek, które rozpoczęły jej się podczas okupacji w 1943 roku i trwały według jej relacji do 1949 roku. Na stronie sanktuarium możemy przeczytać, że… 

Wieczorem 3 maja, w uroczystość Matki Bożej Królowej Polski, 1943 roku, a więc w czasie wojny, dwunastoletnia Władzia Fronczak wróciła do domu od pobliskiego krzyża, przy którym zbierali się wierni na majówkę, by śpiewać Litanię Loretańską i pieśni maryjne. Patrząc przez okno, podziwiała rozciągający się na brzegu Wilanówki sad pełen kwitnących drzew. Raz jeszcze, jak przy krzyżu, modliła się w intencji dwóch chłopców: żydowskiego, który uciekł z Getta i tu u ludzi znalazł gościnę oraz umysłowo chorego mieszkańca Siekierek. Po tej modlitwie, na tle kwitnącej wiśni zobaczyła świetlistą Postać podobną do Matki Bożej malowanej na obrazach. Powitała Ją także modlitwą, która dając Władzi wiele radości, znacznie się przedłużyła. O całym zdarzeniu opowiedziała później najpierw matce, a następnie ojcu. Po jakimś czasie zatroskani rodzice udali się z dzieckiem do lekarza. Długotrwałe i różnorakie badania wykazały, że jest zdrowa i nie potrzebuje żadnego leczenia. Diagnozę znanego wówczas w Warszawie psychiatry potwierdziło konsylium ośmiu lekarzy różnych specjalności.

Ciekawe, kto robił Władzi długotrwałe i różnorakie badania oraz skąd się wzięło konsylium ośmiu lekarzy w 1943 roku, ale mamy pewność, że nie była to migrena na tle padaczkowym. Maryja i Jezus mieli zalecać odmawianie codziennej koronki, ale wezwanie było połączone z ostrzeżeniem przed karą i zagładą. Jezus ostrzegał, że jeśli ludzkość się nie nawróci, spotkają ją straszne konsekwencje. Katastrofa była więc tu zapowiadana jako moralna odpowiedź na stan świata, dokładnie tak jak to było podczas pożarów w Australii. Na Siekierkach powstało później urocze sanktuarium, a sama Władysława Papis przez lata publicznie opowiadała o swoich doświadczeniach. Jeszcze niedawno można się z nią było spotkać i nausznie dowiedzieć się jak było. 

Jeszcze ciekawszy jest Zabłudów. W maju 1965 roku czternastoletnia Jadwiga Jakubowska oznajmiła, że na łące ukazała jej się Matka Boska. Wieść rozeszła się błyskawicznie i na miejsce zaczęli przybywać pielgrzymi, zarówno katolicy, jak i prawosławni. Ponoć słońce robiło się takie jak księżyc, że nie raziło tak w oczy, a nawet jakby taka poświata na stawie. Tysiące ludzi jednocześnie widziało błyski na słońcu. Zjawisko przybrało takie rozmiary, że zainteresowały się nim władze komunistyczne, doszło do interwencji milicji, która puszczała gaz łzawiący. Ale Matka Boska najpierw uniosła gaz pionowo do góry i puściła z powrotem na milicję. Tłum rzucał kamieniami, a milicja pierzchła. Sprawą zajmowała się specjalna komisja MSW, a sanepid badał wodę w studni czy nie zakażona. Przestraszona zamieszkami Jadwiga chciała odpuścić temat i zostać w domu, ale tłum po nią przyszedł, wyciągnął z domu i na rękach poniósł na miejsce objawień, gdyż tak kazała Matka Boska. Matka Boska była ubrana w niebieski płaszcz i mówiła, żeby ludzie się nawracali i modlili. Po zakończeniu objawień Jadwiga poszła najpierw do klasztoru, ale później z niego odeszła, ożeniła się i urodziła piątkę dzieci. Małżeństwo to jednak ponoć nie było udane. Starała się odciąć od sławy i żyć zwyczajnym życiem. Maciej Krzywosz, który poświęcił Zabłudowowi obszerne studium, pokazuje, że podobne „cuda” nie były w PRL czymś wyjątkowym. W religijności tego typu powracało przekonanie, że ludzkość znajduje się w przełomowym momencie historii i że nadciąga katastrofa. Ciekawe, że “komunizm”, który miał zracjonalizować społeczeństwo i usunąć religię z przestrzeni publicznej, dokonał czegoś dokładnie odwrotnego. Wyobraźnia apokaliptyczna została wyostrzona, a sanktuaria typu tego na Siekierkach rosły jak grzyby po deszczu. Dla części wierzących bezbożna władza sama stawała się znakiem czasów ostatecznych. Maryja objawiająca się dziecku w komunistycznej Polsce mogła zostać odczytana jako dowód, że ponad oficjalną historią PRL istnieje inna historia, prawdziwsza, której autorami są Bóg i Matka Boska. Państwo miało milicję, partię i telewizję, a lud miał bezpośredni kontakt z niebem. 

Komunizm zniknął, ale mechanizm nie zniknął. Od 1983 roku w Oławie Kazimierz Domański zaczął widzieć Matkę Bożą, co w zasadzie natychmiast zapoczątkowało masowy ruch pielgrzymkowy. Domański skończył edukację na trzech klasach szkoły podstawowej, ojca rozstrzelali mu Niemcy, a on w 1966 uległ wypadkowi samochodowemu, w którym doznał urazu kręgosłupa i wstrząśnienia mózgu. Pracował jako malarz w zakładach naprawy taboru kolejowego i mieszkał w Oławie, z której wyemigrował na działki przy ul. Nowy Otok, gdzie rozpoczął działalność misyjną. Hierarchia kościelna odcięła się od Domańskiego, być może nie dogadali się na kasę. Archidiecezja Wrocławska wielokrotnie podkreślała, że objawienia nie uzyskały aprobaty Kościoła, a powsałe tam Stowarzyszenie Ducha Świętego nie może być uznawana za katolickie. Czyżby nie płacili? No ale jeżeli Bóg rzeczywiście może przemówić bezpośrednio do człowieka, to dlaczego człowiek mający objawienie miałby się tłumaczyć biskupowi, który żadnego objawienia nie miał? Widać wyraźnie, że system gdzieś tutaj jest niedopięty. Instytucja musi jednocześnie głosić powszechną dostępność Boga, a zarazem jakoś koncesjonować udział wiernych w “boskiej prawdzie”, żeby nie rozdrapali, nie rozkradli. Z Wikipedii się dowiedziałem, że gdy pierwsza fala zainteresowań oławskimi objawieniami opadła, Domański ogłosił, że Matka Boska pozwoliła mu nagrać swój głos na taśmę magnetofonową. Do Oławy znów ściągały tysiące wiernych, co niepokoiło milicję i władze partyjne. W orędziach Domański apelował o to, by kobiety nie chodziły w spodniach i nie przyjmowano komunii świętej na stojąco. Tu Kościół przyłapał Domańskiego na błędzie doktrynalnym, gdyż wbrew temu co twierdził, realna obecność Jezusa Chrystusa w konsekrowanych hostiach nie zanika w momencie przyjmowania Komunii Świętej w postawie stojącej. Konflikt z Kościołem się zaostrzał aż do śmierci Domańskiego w 2002 roku, kiedy wizjoner doznał udaru mózgu i w szpitalu się przestraszył, że znajdzie się w niepoświęconej ziemi. Przeprosił, wyznał grzechy i pogodził się z Kościołem, w czym pomogło przepisanie na archidiecezję wrocławską pobudowanych na działkach zabudowań religijnych. Być może miałem rację z tą kasą. Dziś jest tam parafia.

Piękny film dokumentalny na temat objawień w Oławie można zobaczyć w serwisie streamingowym TVP. Widać na nim, że rozwój współczesnej medycyny były tylko pozornym rozwiązaniem nieutulonej potrzeby leczenia i powszechnego przekonania o posiadaniu chorób. Ludziska niosą chorych, chromych i niedorozwiniętch na rękach, na noszach, pod kołdrami, próbują docisnąć się z dziećmi, apelują do sumienia cieciów, którzy pilnują bramy. Klęczą na błocie w kożuchach, zapalają świece wokół jakiegoś krzyża, nawołują się w stylu “Andrzej, idźno do innej bramy!”. Ma się wrażenie, że może chodzi o publiczną prezentację własnego kalectwa, własnego cierpienia, żeby ludzie widzieli i się ulitowali. Co jeden to ciężej chory, gorzej stęka. Kobieta w futrze niesie na rękach mężczyznę. Ostatnimi siłami prze przed siebie grupa starców. Podpierają się o dużego fiata. Nadjeżdża stary PKS z nową grupą sparaliżowanych, moskwicze, wołgi, syrenki ryczą silnikami, wznosząc chmury białych spalin do nieba, które pokrywa wszystko szarą jesienną kołdrą. Na horyzoncie jakieś blokowiska, przodem przejeżdża pociąg towarowy. Są sprzedawcy medalików, sztucznych kwiatów i liturgicznego badziewia. Zostaje nam przedstawiona opinia działkowiczów, którzy nie mogą się dostać na swoje działki, gdyż bramy zatarasowane przez tłum. “Wszystko potratowane, panie”. Nagle film Mariana Kraczka fraci dźwięk i do końca rolują się już nieme sceny, które nabierają dodatkowej wymowności. Ludzie grzeją stopy odziane w grube skarpety nad rachitycznym ogniem, morze samochodów, dymy, smugi. Koniec świata, panie… Koniec świata.

Domański gościł u siebie australijskiego wizjonera Williama Kamma, zwanego Małym Kamykiem, z którym przez pewien czas wzajemnie potwierdzali autentyczność swoich objawień. Kamm uważał, że po Janie Pawle II zostanie papieżem Piotrem II i jako ostatni papież przygotuje Kościół na rychły koniec świata. Potem jednak jego kariera mesjańska skręciła w stronę bardziej przyziemną: Mały Kamyk został skazany w Australii za przestępstwa seksualne wobec nieletnich, a jedną z nastoletnich ofiar przedstawiał jako swoją „duchową żonę”. W ten sposób niedoszły ostatni papież czasów ostatecznych skończył w australijskim więzieniu. potwierdza to moją generalną opinię, że strategia na objawienia jest jedną z metod podnoszenia atrakcyjności seksualnej. 

W podobnym obszarze funkcjonuje postać ojca Czesława Klimuszki, franciszkanina, zielarza i jasnowidza, niezwykle popularnego w powojennej Polsce. Klimuszko twierdził, że potrafi odczytywać losy ludzi z fotografii, pomagał w poszukiwaniu zaginionych i mówił o wizjach przyszłych wydarzeń. Wokół jego osoby narosła później ogromna literatura przypisująca mu przepowiednie wojen, kataklizmów, zatopienia części Europy i szczególnej przyszłości Polski. Trzeba tu zachować ostrożność, ponieważ wiele krążących dziś w internecie „przepowiedni Klimuszki” pochodzi z przekazów wtórnych i trudno ustalić ich dokładne źródło. Sam Klimuszko był podobno znacznie bardziej powściągliwy wobec wizji przyszłości, niż sugeruje jego dzisiejsza legenda. Dla nas to może nawet lepiej, gdyż pokazuje to, że narracja apokaliptyczna nie jest wyrazem indywidualnych urojeń, a zasadniczym wzorcem kultury, mówiąc językiem Ruth Benedict: jeśli to polska kultura religijna zrobiła z Klimuszki proroka apokaliptycznego, to jest to tym bardziej znamienne.

Pod Częstochową z monstrancją w rękach przechadza się ksiądz Daniel Galus, ktory nie jest może klasycznym wizjonerem apokaliptycznym, ale jest przykładem odradzania się religijnej charyzmy poza kontrolą instytucji. Wokół prowadzonej przez niego wspólnoty Miłość i Miłosierdzie Jezusa powstał silny ruch związany z modlitwami o uzdrowienie i uwolnienie oraz przekonaniem o szczególnej mocy duchowej wspólnoty. Konflikt z hierarchią doprowadził do nałożenia na Galusa suspensy w 2022 roku, a mimo to działalność jego środowiska trwa nadal; jeszcze w czerwcu 2026 roku kolejny polski biskup publicznie ostrzegał wiernych przed udziałem w organizowanych przez nie spotkaniach. Galus jest interesujący dlatego, że pokazuje mechanizm, który znamy już z Wierszalina i Oławy. Charyzma zaczyna konkurować z urzędem. Wierni wierzą, że w określonym miejscu dzieje się coś prawdziwego i nadprzyrodzonego: ludzie są uzdrawiani, uwalniani, Duch Święty działa bezpośrednio. Gdy spojrzymy na Gietrzwałd, Faustynę, Siekierki, Zabłudów, Klimuszkę, Oławę i współczesne ruchy charyzmatyczne razem, zobaczymy nie serię odizolowanych dziwactw, lecz trwały element polskiej kultury katolickiej. Jej język jest zadziwiająco stabilny: świat znalazł się w kryzysie, ludzkość grzeszy, Bóg wybiera pośrednika, nadchodzi kara, ale pozostaje droga ocalenia. Należy uwierzyć, nawrócić się, modlić i znaleźć się po właściwej stronie. Bardzo często pojawia się przy tym dodatkowy element polskiego mesjanizmu: Polska cierpi, ale ma szczególną misję. 

To stąd pójdzie Iskra.