Zaczęła się globalna ewakuacja. Meduza wpłynęła na mieliznę. Sygnały alarmowe, które brzmią od lat, nie zostały niezauważone. Uprzywilejowani wsiadają już do szalup i zaczęli ciąć linę, która jeszcze wiąże ich do tratwy. Potępieni szarżują nabrzeża portów, jak to miało miejsce w hiszpańskiej Ceucie, ale są bez szans. Toną na naszych oczach wspinając się po własnych głowach. Nam, którzy jeszcze ciągle pchają śmierdzącą kulę codzienności, ukołysani banalnością naszych marzeń, zdaje się, że to wszystko jest jeszcze do uratowania, że świat, choć płynie po wzburzonych falach, zachowa swój zasadniczy kształt. Że nic takiego się nie stanie, jeśli tylko będziemy pilnować ogrodzenia. Ale szalupy już zaczęły odpływać.
Medusą jest globalna gospodarka, która trafiła na surowcowe rafy, a szalupą jest ekonomiczna bańka bogactwa, w której znalazł się promil ludzkości. Dla niej Elon Musk buduje SpeceX i obietnicę Gwiezdnych Kolonii. To on, a nie Julien-Désiré Schmaltz, będzie Gubernatorem. Ziemią obiecaną nie będzie Senegal, a Mars. Budowa szalup zaczęła się kilkadziesiąt lat temu wraz z uruchmoieniem oligarchicznego kapitalizmu i działalnością takich jastrzębi jak Ronald Reagan i Margaret Thatcher, którzy stworzyli warunki do powstania ewakuacyjnej kapsuły. Zaproszono do niej najbogatszych, którzy w krótkim czasie stali się sto razy bogatsi i dziś mogą stanowić finansowe zaplecze ucieczki.
Świat przygotowuje się do wdrożenia Apokalipsy ale już nie na lokalną ale globalną skalę. Wygląda na to, że przyjdzie nam przeżyć ten scenariusz na własnych skórach, jeśli nie powstrzymamy nowych proroków Apokalipsy i nie zmienimy scenariusza. Stara toksyczna myśl nadal organizuje nam życie – robaka musimy pokonać najpierw we własnych głowach.
7.1. Meduza: planeta i gospodarka na mieliźnie
Planeta stała się kopalnią, z której globalna gospodarka wydobywa coraz więcej materii i energii, przerabiając je na towary, odpady i emisje, aż sama zaczyna grzęznąć w kryzysach wywołanych własnym tempem eksploatacji.
Planeta jako odpad
Chrześcijaństwo przygotowało nas mentalnie na porzucenie planety. Świat materialny jest światem upadłym, padołem łez, tymczasową sceną dla spektaklu zbawienia. Jezus był tu zaledwie 30 lat i ani razu nie przejął się Ziemią, jako zjawiskiem samym w sobie. Gdy tylko przyszło wezwanie, czas się wypełnił, a Jezus porzucił nas na pastwę naszego dalszego mizernego losu. Wszyscy stoimy w kolejce do Zbawienia, czyli do życia w przestrzeni prawdy – a to po porzuceniu tej ułudy jaką jest świat.
Nie mówię, że tak jest, mówię, że do takiego myślenia zostaliśmy uwarunkowani. Materialny świat można zużyć, przekształcić i porzucić jako śmieć.
Przemysłowy kapitalizm doprowadził tę zasadę do rozmiarów planetarnych. Zasadą obrotu gospodarczego jest przerabianie Planety na odpady, a im szybciej to się dzieje, tym większa towarzyszy temu akumulacja pieniądza. Każdego roku wytwarzamy ponad 2 miliardy ton samych odpadów komunalnych. UNEP (Program Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska) szacuje, że bez istotnej zmiany sposobu produkcji i konsumpcji ich ilość wzrośnie do około 3,8 miliarda ton rocznie w 2050 roku. Około 2,7 miliarda ludzi nadal nie ma nawet dostępu do podstawowego systemu odbioru odpadów. Skutki tego widziałem ostatnio w Afryce Północnej.
Śmieci komunalne to jednak zaledwie drobiazg w stosunku do ilości odpadów przemysłowych. Samo górnictwo produkuje dziś około 13 miliardów ton odpadów poflotacyjnych rocznie – są to zmielone skały pozostające na hałdach po wydobyciu interesujących nas minerałów. Jeżeli doliczyć skałę płonną (czyli te skały, które trzeba odrzucić, gdyż nie zawierają złóż) i inne odpady kopalniane, szacunki całego strumienia odpadów górniczych dochodzą do 20–25 miliardów ton rocznie. Budownictwo i rozbiórki dokładają następne około 3 miliardy ton.
Status tych odpadów jest różny, część nadaje się do rekultywacji, ale daje to pojęcie o skali. Same odpady komunalne, górnicze i budowlane oznaczają grubo ponad 25 miliardów ton materialnych pozostałości rocznie. Rolnictwo wytwarza jeszcze około 3,5–4 miliardów ton resztek roślinnych rocznie, choć byłoby nadużyciem nazwać je wszystkie śmieciami.
Część tego ładujemy do oceanów. UNEP ocenia, że w oceanach znajduje się już 75–199 milionów ton plastiku. Każdego roku do ekosystemów wodnych trafia kolejne 19–23 miliony ton odpadów plastikowych, co przewyższa wcześniejsze szacunki mówiące o około 11 milionach ton. Innymi słowy, każdego dnia rzeki, kanalizacja, wiatr, wysypiska i działalność człowieka dostarczają wodzie dziesiątki tysięcy ton nowego tworzywa. Plastik znajduje się wszędzie: od plaż i powierzchni oceanów, po brzuchy żółwi, rowy oceaniczne i Arktykę. Śmieci unoszą się w wodzie i na wodzie, a oceany zostałe plasikiem nasycone. Nie chodzi tu o zwartą wyspę śmieci, którą można sfotografować z samolotu, a raczej o gigantyczną strefę podwyższonego stężenia odpadów, rozproszonych przez wiatr, fale i prądy. Można przepłynąć przez jej fragment i prawie niczego nie zauważyć. Najlepsze porównanie przedstawiła NOAA (Narodowa Administracja Oceaniczna i Atmosferyczna USA), która mówi o zupie z drobinami pieprzu: w wodzie unoszą się miliony małych kawałków plastiku, często wielkości kilku milimetrów lub mniejszych. Między nimi trafiają się większe przedmioty: skrzynki, pojemniki, boje, liny, fragmenty wiader, a przede wszystkim całe kłęby sieci rybackich. Pod względem liczby kawałków dominują mikroplastiki, ale pod względem masy duża część plastiku nadal znajduje się w większych obiektach. Badania cytowane przez The Ocean Cleanup wskazują, że około 92% masy plastiku w Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci stanowią przedmioty większe niż 5 mm. Na Insta coraz częściej można zobaczyć dzielnych ludzi wycinających wieloryby z sieci lub usuwających żółwiom słomki plastikowe z nozdrzy. Pod wpływem tych obrazów zdecydowałem się wspierać finansowo The Ocean Cleanup – holenderską organizację non-profit założona w 2013 roku przez Boyana Slata, która zajmuje się usuwaniem plastiku zwłaszcza z Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci, jak i zatrzymywaniem odpadów w rzekach, zanim dotrą do morza. Ich ambicją jest usunięcie 90% pływającego plastiku z oceanów do 2040 roku. Oto organizacja, która odrzuca apokaliptykę!
Ale istnieje jeszcze jeden rodzaj odpadów, którego w ogóle nie widzimy, ponieważ wyrzucamy go do atmosfery. W 2023 roku ludzkość wyemitowała rekordowe 57,1 miliarda ton ekwiwalentu CO₂. „Ekwiwalent CO₂” służy do przeliczenia wpływu metanu, podtlenku azotu i gazów fluorowanych na wspólną skalę i dobrze pokazuje wielkość tego strumienia. Sama energetyka odpowiadała za 15,1 miliarda ton CO₂e (to wspólna jednostka używana do porównywania różnych gazów cieplarnianych), transport za 8,4 miliarda, rolnictwo za 6,5 miliarda, przemysł za kolejne 6,5 miliarda, a osobno liczone procesy przemysłowe za około 9 procent światowej emisji.
Można więc spojrzeć na współczesną gospodarkę jak na ogromny układ przepływowy. Z jednej strony każdego roku pobieramy z Ziemi około 106 miliardów ton materiałów, z drugiej produkujemy dziesiątki miliardów ton materialnych pozostałości oraz dziesiątki miliardów ton gazowych produktów ubocznych. Pomiędzy jednym a drugim znajduje się to, co nazywamy gospodarką.
Planeta jako krematorium
Rok 2024 był najcieplejszym rokiem w historii pomiarów, ze średnią temperaturą około 1,55°C powyżej poziomu z lat 1850–1900. I to jest fakt, niezależnie od tego, co o nim sądzi Donald Trump. Był to prawdopodobnie pierwszy pojedynczy rok przekraczający poziom 1,5°C. Rok 2025 był nieco chłodniejszy, ale nadal był drugim lub trzecim najcieplejszym w historii pomiarów: około 1,43°C ponad poziomem przedindustrialnym. Lata 2015–2025 były jedenastoma najcieplejszymi latami, jakie kiedykolwiek zmierzono.
Jeszcze bardziej wymowny jest ocean, ponieważ pochłania około 90 procent nadmiaru ciepła związanego z globalnym ociepleniem. W 2025 roku zawartość ciepła w oceanach osiągnęła najwyższy poziom w historii pomiarów. Tempo ogrzewania oceanów w latach 2005–2025 było ponad dwa razy większe niż w latach 1960–2005. Średni poziom mórz znajduje się dziś około 11 centymetrów wyżej niż w 1993 roku.
Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że w latach 2000–2019 upały powodowały średnio około 489 tysięcy zgonów rocznie, z czego ponad jedna trzecia przypadała na Europę. Wśród osób po 65. roku życia śmiertelność związana z wysokimi temperaturami wzrosła od początku wieku o około 85 procent. Susze w ciągu dekady dotknęły co najmniej 1,5 miliarda ludzi, a ich obecne straty gospodarcze szacuje się na około 307 miliardów dolarów rocznie. W samym 2025 roku w Unii Europejskiej spłonęło ponad milion hektarów lasu, najwięcej w historii pomiarów satelitarnych – obszar mniej więcej wielkości Cypru. Pożar nie kończy się przy tym wraz z ugaszeniem lasu: dym pełen drobnego pyłu zwiększa ryzyko chorób serca i płuc oraz przedwczesnej śmierci.
Po jednej stronie rampy w Auschwitz była komora gazowa i krematorium.
Woda
Tuvalu to państwo dziewięciu niewielkich wysp i atoli na Pacyfiku, którego około jedenastu tysięcy mieszkańców przygotowuje się do możliwości utraty własnego terytorium. Cały kraj leży poniżej pięciu metrów nad poziomem morza, a zamieszkane pasy lądu na stołecznym atolu Funafuti są miejscami tak wąskie, że morze widać niemal jednocześnie po obu stronach drogi. Polinezyjczycy mieszkają na tych wyspach od około dwóch tysięcy lat.
Tuvalu przygotowuje się jednak do czegoś, z czym prawo międzynarodowe właściwie nigdy wcześniej nie musiało się mierzyć: do istnienia państwa bez ziemi. Rząd rozpoczął cyfrowe odwzorowywanie wysp, archiwizowanie kultury i budowę cyfrowych usług państwowych, a konstytucję zmieniono tak, aby Tuvalu miało istnieć jako państwo nawet wtedy, gdy wzrost poziomu oceanu pozbawi je fizycznego terytorium. Australia już uznała tę zasadę w traktacie międzynarodowym.
Tuvalu nie przygotowuje więc wyłącznie ewakuacji ludzi. Próbuje ewakuować samo państwo.
Według najnowszego raportu WHO i UNICEF, opublikowanego w 2025 roku na podstawie danych za 2024 rok, około 2,1 miliarda ludzi, czyli jedna czwarta ludzkości, nie miało dostępu do bezpiecznie zarządzanej wody pitnej. 106 milionów ludzi piło wodę bezpośrednio z rzek, jezior i innych nieuzdatnionych źródeł. Rolnictwo odpowiada za około 72 procent światowych poborów słodkiej wody.
Wody podziemne stanowią około 99 procent ciekłej słodkiej wody znajdującej się na Ziemi. Dostarczają mniej więcej połowę wody używanej w gospodarstwach domowych i około jednej czwartej wody wykorzystywanej do nawadniania pól. Około 70 procent wszystkich poborów wód podziemnych przypada właśnie na rolnictwo. Badanie opublikowane w „Nature” w 2024 roku objęło 170 tysięcy studni w 1693 systemach wodonośnych na świecie. W wielu regionach poziom wód gruntowych spada o ponad pół metra rocznie, a w około 30 procentach badanych warstw wodonośnych tempo tego spadku przyspieszyło w ostatnich czterech dekadach. Skutkiem może być nie tylko wysychanie studni, ale także osiadanie gruntu, zanikanie przepływu rzek i wnikanie słonej wody do nadmiernie eksploatowanych warstw przybrzeżnych.
Przykłady są spektakularne. W północnych Indiach pomiary satelitów GRACE wykazały, że tylko między 2002 a 2008 rokiem z podziemnych zbiorników zniknęło około 109 kilometrów sześciennych wody, to jest ponad sto bilionów litrów. W amerykańskim systemie wodonośnym High Plains, obejmującym między innymi słynny Ogallala Aquifer, wypompowano około 330 kilometrów sześciennych wody kopalnej, której znaczna część gromadziła się przez ostatnie 13 tysięcy lat.
Problem nie polega jednak wyłącznie na tym, że opróżniamy istniejące zbiorniki. Zmieniamy również sam obieg wody. Najlepszym przykładem jest Amazonia. Las nie jest biernym odbiorcą deszczu. Drzewa pobierają wodę z gleby, a następnie poprzez transpirację oddają ją do atmosfery. Para wodna jest transportowana dalej, ponownie spada jako deszcz, ponownie zostaje pobrana przez roślinność i wędruje przez kontynent. Dlatego mówi się czasami o amazońskich „latających rzekach”. Wycinając las, nie usuwamy więc jedynie drzew. Demontujemy część pompy wodnej kontynentu. Badanie opublikowane w „Nature” w 2025 roku pokazało, że skutki są bardziej skomplikowane niż proste „mniej drzew = mniej deszczu”, ponieważ wylesienie zmienia również lokalną cyrkulację atmosferyczną. W porze deszczowej nad samymi wyciętymi obszarami opady mogą nawet chwilowo wzrastać, ale już w odległości ponad około 60 kilometrów pojawiają się spadki. W porze suchej zależność jest znacznie bardziej jednoznaczna: utrata lasu ogranicza ewapotranspirację i zmniejsza opady zarówno lokalnie, jak i w otoczeniu wylesionych terenów. Las okazuje się więc częścią infrastruktury wodnej równie realną jak zapora czy wodociąg.
Według ONZ w 2022 roku około 42 procent ścieków pochodzących z gospodarstw domowych nie zostało bezpiecznie oczyszczonych przed odprowadzeniem do środowiska. Oznaczało to około 113 miliardów metrów sześciennych ścieków komunalnych wypuszczonych w ciągu jednego roku bez odpowiedniego oczyszczenia. O ściekach przemysłowych wiemy jeszcze mniej. Dane są tak słabe, że ONZ odmawia wyliczenia uczciwej średniej światowej. W 22 krajach, które przekazały odpowiednio szczegółowe informacje, oczyszczano tylko około 38 procent ścieków przemysłowych, a zaledwie 27 procent uznano za oczyszczone w sposób bezpieczny. Nie można tych wartości traktować jako średniej dla całego świata, ale sam brak danych pokazuje skalę problemu.
Dochodzi do tego rolnictwo. UNESCO wskazuje, że zanieczyszczenia rolnicze stały się w wielu regionach głównym źródłem skażenia wód podziemnych; azotany z nawozów są najpowszechniejszym antropogenicznym zanieczyszczeniem wód gruntowych na świecie. Nawozy spływające do rzek i jezior powodują eutrofizację: zakwity glonów, niedobór tlenu i powstawanie martwych stref. Znamy to z Zatoki Bałtyckej.
Teoretycznie problem niedoboru słodkiej wody można rozwiązać bardzo prosto. Oceany zawierają jej przecież niewyobrażalną ilość. Wystarczy usunąć sól. Tyle że do tego potrzebna jest energia. Dużo energii. Najbardziej wydajne współczesne instalacje odsalające wodę morską metodą odwróconej osmozy zużywają zazwyczaj około 3–5 kilowatogodzin energii elektrycznej na każdy metr sześcienny wyprodukowanej słodkiej wody. W przypadku mniej słonej wody zużycie może spaść do około 1,5–2,5 kWh na metr sześcienny. Metropolia licząca około pięciu milionów mieszkańców i potrzebująca miliona metrów sześciennych wody dziennie musiałaby zużywać na samo odsalanie około 3–5 gigawatogodzin energii elektrycznej każdego dnia. To mniej więcej tyle, ile przez dobę produkuje jeden duży blok Elektrowni Połaniec pracujący niemal pełną mocą. Innymi słowy, samo wyprodukowanie wody dla jednego wielkiego miasta może wymagać niemal całej dobowej pracy bloku elektrowni o mocy ponad 200 megawatów. Międzynarodowa Agencja Energetyczna już wcześniej przewidywała, że światowe zużycie energii przez sektor wodny będzie rosło przede wszystkim z powodu rozwoju odsalania, pompowania wody na duże odległości i coraz bardziej zaawansowanego oczyszczania ścieków.
W Stanach Zjednoczonych dostarczenie metra sześciennego wody pitnej wymaga przeciętnie około 0,5 kWh energii elektrycznej, a odbiór i oczyszczenie metra sześciennego ścieków około 0,7 kWh. Konkretne wartości bardzo się różnią w zależności od źródła wody, ukształtowania terenu i technologii. Co ciekawe, często największym wydatkiem energetycznym nie jest samo filtrowanie, ale pompowanie wody. Woda i energia zaczynają więc tworzyć sprzężenie. Potrzebujemy wody, żeby produkować energię, ale coraz więcej energii potrzebujemy również po to, żeby pozyskać wodę. Im głębiej znajdują się wody gruntowe, im bardziej zanieczyszczone są rzeki i im częściej musimy sięgać po wodę morską, tym więcej energii kosztuje utrzymanie tego obiegu.
Istnieje jeszcze jeden magazyn, którego nie trzeba było budować: lodowce. Góry działają jak naturalne wieże ciśnień. Zimą gromadzą wodę w postaci śniegu i lodu, a latem stopniowo oddają ją rzekom. UNESCO szacuje, że obszary górskie dostarczają 55–60 procent światowych rocznych przepływów słodkiej wody, a około 2 miliardów ludzi zależy od wód pochodzących z gór. Ta infrastruktura właśnie się kurczy. Lata 2022–2024 były okresem największej trzyletniej utraty masy lodowców w historii pomiarów. W samym roku hydrologicznym 2024 lodowce straciły około 450 miliardów ton lodu, a od 1975 roku światowe lodowce utraciły łącznie około 9 bilionów ton. Paradoksalnie topnienie lodowców może początkowo zwiększyć ilość wody spływającej z gór. Przez pewien czas rzeka dostaje więcej wody, bo zużywany jest nagromadzony przez stulecia kapitał lodowy. Potem następuje moment, który hydrolodzy nazywają peak water: lodowca pozostaje już tak mało, że odpływ zaczyna maleć. Wtedy rzeki tracą naturalny zbiornik wyrównujący przepływ między porą mokrą i suchą.
Paradoks polega na tym, że im bardziej przemysł niszczy naturalną infrastrukturę wody, tym więcej musimy zbudować infrastruktury przemysłowej, żeby uzupełnić jej braki.
Ziemia i żywe istoty
Konwencja ONZ do spraw zwalczania pustynnienia ocenia, że nawet 40 procent powierzchni lądowej świata jest już zdegradowane, a skutki degradacji ziemi dotyczą ponad 3 miliardów ludzi. Według globalnej oceny IPBES (Międzyrządowa Platforma ds. Różnorodności Biologicznej i Usług Ekosystemowych) działalność człowieka znacząco przekształciła około 75 procent środowiska lądowego i 66 procent środowiska morskiego. Około miliona gatunków roślin i zwierząt jest zagrożonych wyginięciem, wiele z nich w perspektywie najbliższych dziesięcioleci. Zniknęło również ponad 85 procent mokradeł istniejących przed epoką przemysłową.
Najważniejsza liczba z punktu widzenia naszego wywodu jest jednak inna. W 1970 roku światowa gospodarka wydobywała około 30 miliardów ton materiałów rocznie: biomasy, paliw kopalnych, rud metali oraz minerałów takich jak piasek, żwir i glina. Dzisiaj jest to około 106 miliardów ton rocznie. W ciągu pół wieku materialny apetyt światowej gospodarki zwiększył się więc ponad trzykrotnie. Statystycznie każdy człowiek zużywa obecnie poprzez gospodarkę około 39 kilogramów materiałów dziennie, wobec około 23 kilogramów w 1970 roku. To ponad 100 miliardów ton, które trzeba każdego roku wykopać, ściąć, zebrać, przetransportować, zmielić, przetopić, spalić, przetworzyć albo wbudować w nowe obiekty. I nie wygląda na to, żebyśmy zamierzali się zatrzymać. Międzynarodowy Panel ds. Zasobów UNEP przewiduje, że przy kontynuacji obecnych trendów światowe wydobycie materiałów może do 2060 roku wzrosnąć o kolejne 60 procent w stosunku do 2020 roku.
To jest ta mielizna.
Gospodarka w klinczu wzrostu
Współczesna gospodarka została skonstruowana w taki sposób, że musi rosnąć, albo system zaczyna się destabilizować i ludzie wychodzą na ulicę. Widać to szczególnie dobrze gdy spojrzy się na światowy dług. Mówiliśmy już o tym, że kapitalizm produkuje dług, gdyż jest systemem funkcjonującym w oparciu o produkcję długu. W 2024 roku łączny dług publiczny i prywatny świata przekraczał 235 procent globalnego PKB, czyli wynosił około 251 bilionów dolarów. Można zapytać naiwnie: od kogo pożyczyliśmy te pieniądze? Odpowiedź jest prosta: dług jest mechanizmem, który został wmontowany w system. Wszystkie elementy systemu są zadłużone, żeby mogły się kręcić, a skoro się kręcą to produkują więcej długu, więc muszą się kręcić coraz szybciej. Tak działa to perpetum mobile, ten pasożyt, którym jest kapitalizm. Sam dług publiczny doszedł w 2025 roku do prawie 94 procent światowego PKB, a Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że około 2029 roku może osiągnąć 100 procent PKB.
A więc system musi rosnąć, gdyż większa gospodarka pozwala obsługiwać rosnące zobowiązania z większych jutrzejszych dochodów. Jeśli gospodarka maleje, obsługa zadłużenia robi się niemożliwa. Dlatego IMF wprost wskazuje wzrost gospodarczy jako jeden z podstawowych czynników decydujących o zdolności państw do utrzymywania zadłużenia.
Podobnie działa rynek pracy. Jeżeli rośnie liczba ludzi szukających zatrudnienia i rośnie wydajność pracowników, gospodarka musi zwiększać produkcję choćby po to, żeby liczba miejsc pracy nie zaczęła spadać. To stara obserwacja znana jako prawo Okuna: historycznie wzrost PKB poniżej pewnego tempa zwykle wiąże się ze wzrostem bezrobocia. W klasycznych amerykańskich szacunkach wzrost musiał przekraczać tempo wzrostu potencjalnego PKB mniej więcej o dwa punkty procentowe przez rok, aby stopa bezrobocia spadła o jeden punkt procentowy. Zależność nie jest prawem natury i zmienia się wraz z demografią, produktywnością i rynkiem pracy, ale sam mechanizm pozostaje ważny: stojąca gospodarka ma trudność z tworzeniem nowych miejsc w systemie, który nieustannie zwiększa wydajność. Badania IMF pokazują, że kryzysy gospodarcze, wzrost kosztów życia i nierówności zwiększają prawdopodobieństwo niepokojów społecznych, a protesty motywowane ekonomicznie mają szczególnie silny związek z pogorszeniem aktywności gospodarczej. Wzrasta zadłużenie, wzrasta bezrobocie, ludzie wychodzą na ulicę.
Tutaj nie ma wyboru: jesteśmy w klinczu. Będziemy jeść aż pożremy planetę.
7.2. Szalupy: bańka bogactwa
Czy ludziom, którzy od lat siedemdziesiątych tworzyli bańkę bogactwa towarzyszyła intuicja związana z rozpadaniem się planety? Czy czuli podskórnie, że trzeba zasadniczo zmienić strukturę posiadania, by wytworzyć grupę ludzi wystarczająco bogatych, by mogli porzucić Ziemię, gdy stanie się wyciśniętą cytryną i osiądzie na mieliźnie stagnacji i społecznej rewolty? Nie miejmy wątpliwości: zombie w końcu staną pod bramą światowego Luwru z zamiarem wyłuskania Bezosów tego świata ze złotej pałacowej boazerii. Pytanie tylko kiedy. Ile czasu mają jeszcze światowi bogole, by uzupełnić zapasy i odciąć linę od tratwy, na której zostawią nas wszystkich? W tej chwili jednak intryguje mnie inne pytanie: czy Ronald Reagan wiedział, że trzeba swoich ideowych spadkobierców wyposażyć w wiosła, gdy tworzył podstawy do nieograniczonego bogacenia się, czy po prostu działał w imię starej dobrej banalnej chciwości? Czy to był wizjoner Apokalipsy, czy tylko zwyczajny złodziej?
Od lat siedemdziesiątych trwa na Zachodzie nieustępliwa, wielowątkowa reforma społeczna, która wiąże się z postępującą koncentracją bogactwa w rękach coraz bardziej wyalienowanej grupy ludzi i przedsiębiorstw. Zostało to wymyślone tak, by koncentracja bogactwa mogła odbywać się “legalnie”, a więc w ramach systemu prawnego, trzeba było więc zmienić prawo tak, by usunąć z niego systemy regulacji i nadzoru, oraz stworzyć takie mechanizmy, które same zaczną napędzać proces. Zrobiono to pomimo oporu politycznego, pomimo podpowidzi zdrowego rozsądku, korzystając ze strachu przed porażką w globalnych zawodach ekonomicznych i demagogii antykomunistycznej. Obserwowałem to, na tyle na ile horyzont mi pozwalał, z mojego małego anarchistycznego fotela przymocowanego do kawałka chybotliwej deski, jaką była Polska. Tak się składa, że bogole budowali swoją szalupę równolegle do mojego życia. Pomyślałem, że dobrym pomysłem będzie stworzenie kalendarza, który osadzi ten projekt na osi czasu, a przy okazji pozwoli mi powspominać zmarnowane ekonomicznie lata mojego życia, w których zamiast próbować się załapać, budowałem zamki z piasku.
Kalendarz budowania szalupy
1969. Zaczyna się chwiać stary świat. W Stanach Zjednoczonych rośnie inflacja, gospodarka wchodzi w recesję, a Międzynarodowy Fundusz Walutowy tworzy nowy rodzaj rezerwy – SDR. Powojenny system finansowy oparty na dolarze wymienialnym na złoto zaczyna trzeszczeć.
W paźdzeirniku tego roku w szpitalu przy Kolejowej w Gdańsku na świat przychodzę ja, autor tej książki.
1970. Robotnicy wychodzą na ulice. W grudniu władza komunistyczna strzela do protestujących na Wybrzeżu. Ginie 45 osób. W Gdyni wojsko otwiera ogień do ludzi jadących rano do pracy w stoczni.
Mam rok. Niczego z tego nie pamiętam, ale moi rodzice są śmiertelnie przerażeni.
1971. Nixon odcina dolara od złota. 15 sierpnia prezydent Stanów Zjednoczonych zamyka „gold window”. Odtąd dolar nie jest już wymienialny przez zagraniczne banki centralne na złoto po ustalonej cenie 35 dolarów za uncję. Pieniądz światowy traci ostatnią twardą kotwicę.
W Polsce zaczyna się era Gierka, która będzie dla mnie i mojej rodziny jedynym krótkim okresem małej stabilizacji, kiedy moi starzy kupią malucha i przeniosą się do Sopotu.
1973. System odpływa od brzegu. Upada system stałych kursów Bretton Woods, wybucha kryzys naftowy, pojawia się stagflacja, a w amerykańskich danych zaczynają rozchodzić się produktywność i płace. Kończy się epoka powojennego kapitalizmu.
Moja mama umieszcza mnie w rodzinie opiekuńczej, w której spędzam kilka godzin dziennie, żeby ona mogła pracować. Moi rodzice pracują oboje, żeby utrzymać nas na powierzchni.
1975: Bill Gates i Paul Allen zakładają Microsoft. Firma wchodzi na giełdę w 1986 roku. Rok później trzydziestojednoletni Gates zostaje najmłodszym wówczas samodzielnie dorobionym miliarderem świata. W 1995 roku zostaje najbogatszym człowiekiem globu. W 1999 roku, w szczycie internetowej hossy, jego majątek na chwilę przekracza 100 miliardów dolarów.
1979. Margaret Thatcher. Nowy brytyjski rząd rozpoczyna gruntowną przebudowę gospodarki. Już w pierwszym budżecie najwyższa stawka podatku od dochodów z pracy zostaje obniżona z 83 do 60 procent. Kanclerz Geoffrey Howe przedstawia to jako sposób przywrócenia przedsiębiorczości i bodźców ekonomicznych.
To był pierwszy rok w historii Polski Ludowej, w którym dochód narodowy spadł w stosunku do poprzedniego roku. Era Gierka dobiegała końca, do Polski przyjechał Jan Paweł II, a ja chodziłem do czwartej klasy szkoły podstawowej numer 8 w Sopocie.
1981. Ronald Reagan. Economic Recovery Tax Act obniża najwyższą federalną stawkę podatku dochodowego w Stanach Zjednoczonych z 70 do 50 procent, a maksymalną stawkę podatku od długoterminowych zysków kapitałowych ustala na 20 procent.
W Gdańsku zjazd Solidarności, na którym pojawiamy się z naszymi rysunkami malowanymi na zajęciach plastycznych. Moja koleżanka, Ania Królikiewicz, wypowiada z mówincy w Hali Oliwia słowa: “Jeśli jest was 10 milionów, a każdy ma jedno dziecko, to jest nas 20 milionów”.
1982. Korporacja odkrywa własne akcje. Amerykańska SEC przyjmuje Rule 10b-18, tworząc przedsiębiorstwom tzw. safe harbor — bezpieczne ramy prawne dla odkupywania własnych akcji. Skup akcji istniał wcześniej, więc nie jest prawdą, że Reagan po prostu go „zalegalizował”, jak czasem można przeczytać. Nowe przepisy usunęły jednak część niepewności dotyczącej odpowiedzialności za manipulowanie kursem i stworzyły jasne zasady prowadzenia takich operacji. Z czasem buybacks stały się jednym ze sposobów przekazywania gotówki akcjonariuszom i podbijania wartości przypadającej na pozostające w obrocie akcje.
W Polsce nikt nie wie, czym są akcje przedsiębiorstwa, trwa stan wojenny, czołgi stoją na ulicach, aresztują ludzi.
Lata 80. Osłabienie świata pracy. W Stanach Zjednoczonych w 1983 roku do związków zawodowych należało 20,1 procent pracowników najemnych. W 2025 roku było to już 10 procent. To nie tylko zmiana obyczajowa. Związki były jednym z mechanizmów, dzięki którym pracownicy uczestniczyli w negocjowaniu podziału pieniędzy pomiędzy płace a zyski właścicieli. Ich siła została mniej więcej o połowę mniejsza.
W Polsce trwa walka o niezależny ruch związkowy. Pomimo szykan ze strony władz Solidarności nie udaje się pokonać, Polska przeżywa najpiękniejszy wspólnotowy czas, znany jako epoka styropianu.
1984–1990. Wielka wyprzedaż. Rząd Thatcher sprzedaje przedsiębiorstwa wcześniej należące do państwa. British Telecom zostaje sprywatyzowany w 1984 roku, British Gas w 1986, British Airways w 1987, British Steel w 1988, wodociągi w 1989, a energetyka na początku lat 90. Między 1979 a 1991 rokiem udział znacjonalizowanych przemysłów w brytyjskim PKB spada z około 11 do mniej niż 2,5 procent.
Kończę podstawówkę i zaczynam liceum im. Marynarki Wojennej w Gdyni, gdzie uczę się angielskiego i marzę o podboju kosmosu. Jestem też wyróżniającym się zawodnikiem piłkarskim i koszykarskim, oraz najinteligentniejszym dzieckiem w klasie.
1986. Big Bang. Londyńskie City zostaje gwałtownie zderegulowane. Zniesione zostają między innymi minimalne prowizje maklerskie, ograniczenia własnościowe i dawny podział funkcji na londyńskiej giełdzie. Do City wchodzą wielkie banki brytyjskie i zagraniczne, rośnie konkurencja, płynność i znaczenie sektora finansowego.
Polska przeżywa zapaść gospodarczą, po wszystko stoi się w kolejkach, moja mama importuje ze wsi pół świni dla siebie i sąsiadów.
1988. Podatek na górze spada dalej. Najwyższa brytyjska stawka podatku dochodowego wynosi już tylko 40 procent. Dziewięć lat wcześniej było to 83 procent.
Zdaję maturę na piątki i czwórki.
1989–1990. Mur berliński upada, komunizm w Europie Wschodniej rozpada się, a Polska wprowadza terapię szokową Balcerowicza. W tym samym czasie ekonomista John Williamson tworzy nazwę „Washington Consensus” dla zestawu reform opartych między innymi na dyscyplinie fiskalnej, liberalizacji, prywatyzacji i deregulacji. W następnej dekadzie termin stanie się nazwą całej epoki. Kapitalizm przestaje być jednym z dwóch wielkich systemów polityczno-gospodarczych. Zostaje sam na placu.
Pierwszy raz wyjeżdżam na Zachód. Do Anglii. Jemy płatki kukurydziane i pracujemy w dorywczych pracach jako tania siła robocza, która przedostała się z Piekła do Raju. Powstają pierwsze polskie firmy, ludzie zaczynają chodzić z aktówkami udając biznesmenów, rzucają się na giełdę, na której obecuje się miliony. Ja marzę o tym, że zostanę pisarzem.
1999. Mur między bankami zostaje częściowo rozebrany. Administracja Billa Clintona podpisuje Gramm-Leach-Bliley Act, uchylający istotne części regulacji Glass-Steagall, które od lat 30. oddzielały bankowość komercyjną od inwestycyjnej. Banki, firmy inwestycyjne i ubezpieczyciele mogą tworzyć wspólne holdingi finansowe. Sam proces integracji trwał już wcześniej, ale ustawa sankcjonowała zmianę reguł gry.
Pracuję w amerykańskiej korporacji, tworząc pierwszą falę polskich pracowników najemnych, którym korporacje powoli odbiorą wolność. Czuję, że coś jest nie tak. Chcę być artystą, podczas gdy moi mądrzejsi koledzy kombinują jak odpalić własny biznej i załapać się do szalupy. Moje marzenia są odwrotne: robię wszystko żeby zostać na tratwie.
Lata 2000. Majątek odkrywa świat bez granic. Kapitał nie tylko łatwo przemieszcza się między rynkami, lecz może również znikać z pola widzenia narodowych systemów podatkowych. EU Tax Observatory szacuje, że pod koniec 2022 roku gospodarstwa domowe posiadały offshore około 12 bilionów dolarów aktywów finansowych – równowartość 12 procent całego światowego PKB. I ta liczba nie obejmuje nieruchomości, dzieł sztuki, złota ani jachtów.
Ja nie mam ani jachtu, ani aktywów offshorowych. NIe mam nic i postanawiam rzucić korpo, które wysysa mi umysł i gniecie płuca. Nie mam pojęcia ani kim jestem, ani kim mam być. Z koleżanką zakładam agencję reklamową o nazwie Trzy Pianki.
2004: Mark Zuckerberg uruchamia Facebooka w akademiku Harvardu. Cztery lata później, mając 23 lata, posiada według „Forbesa” około 1,5 miliarda dolarów i zostaje najmłodszym samodzielnie dorobionym miliarderem świata. Kiedy Facebook wchodzi na giełdę w 2012 roku, jego pakiet akcji wart jest już kilkanaście miliardów.
2008. Katastrofa. Pęka bańka nieruchomościowa i finansowa. Spadają ceny domów i akcji, bankrutują firmy i gospodarstwa domowe. Jednak w kolejnej dekadzie ceny wielu aktywów ponownie zaczynają gwałtownie rosnąć. I tu ujawnia się podstawowa różnica między ludźmi żyjącymi przede wszystkim z pracy a ludźmi posiadającymi kapitał: kiedy rosną ceny aktywów, najwięcej zyskują ci, którzy już je mają.
Ja mam małe mieszkanie ale w kredycie frankowym. Przepisuję je na żonę, żeby mi go komornik nie zabrał. Mam też dwoje dzieci i za sobą kilka ciekawych lat artystycznego szaleństwa. Finansowo nic z tego nie wynika, moje miejsce na tratwie jest niepewne.
2026. Szalupa jest pełna, ale na jej pokładzie ciągle przybywa pasażerów. Forbes naliczył w marcu 3428 miliarderów, o 400 więcej niż rok wcześniej. Ich łączny majątek wynosił 20,1 biliona dolarów – o cztery biliony więcej niż rok wcześniej. Na liście znajdowało się już 20 osób posiadających fortuny przekraczające 100 miliardów dolarów.
A ja tak jak nie miałem nic, tak mam jeszcze mniej, gdyż żona odebrała mi mieszkanie i dzieci. Ląduję w Gdańsku, by towarzyszyć starym rodzicom, co ogranicza moje możliwości biznesowe do minus zera. Zapisuję się na studia etnologii na UG, żeby dokonać przedziwnego powtórzenia. Próbuję odegrać własne życie sprzed trzydziestu lat i nie umrzeć z zawstydzenia.
W 2009 roku ja zaczynam projekt Tęsknię za Tobą, Żydzie. Skupiam się na rzeczach nieistotnych z punktu widzenia światowego procesu. Walczę z wiatrakami.
W 1916 roku świat potrzebował Rockefellera, całego przemysłu naftowego i niemal pół wieku budowania monopolu, żeby stworzyć pierwszego miliardera. W 1982 roku w całych Stanach Zjednoczonych było zaledwie trzynastu miliarderów. Pięć lat później „Forbes” naliczył 140 miliarderów na całym świecie. Potem maszyna przyspieszyła. Gates potrzebował dwudziestu kilku lat, żeby przejść od założenia firmy do stu miliardów. Bezos pokonał drogę od miliardera do dwustukrotnego miliardera w niewiele ponad dwie dekady. Musk przeszedł od majątku poniżej 25 miliardów dolarów w 2020 roku do biliona sześć lat później.
Żyjemy więc w czasach, gdy ludzie, którzy stanęli na szczycie piramidy bogactwa stali się prawdziwymi celebrytami. Dziś w mediach częściej widać Muska niż Brada Pitta, głośniej słychać Bezosa niż papieża, ekscytujemy się bardziej życiem Gatesa niż przysłowiowego Elvisa. Zresztą prawdziwe celebryctwo także wiąże się z pieniędzmi: podniecamy się faktem, że Talor Swift stała się miliarderką. Przeciętnie nie mamy pojęcia o żadnym artyście wizualnym czy rzeźbiarzu, o pisarzach nie wspominając (wyłączywszy J.K. Rowling, która także jest miliarderką). Wszyscy pragniemy bowiem tego samego: być na szalupie. A pięknoduchy, którzy stojąc na skrzynkach od jabłek opowiadają nam wiersze, przestali nas interesować.
Dla kogo szalupa
Dane amerykańskiej Rezerwy Federalnej pozwalają obserwować podział majątku przez ponad trzy dekady.
W 1989 roku najbogatszy 1 procent Amerykanów posiadał około 22,8 procent całego majątku gospodarstw domowych. Na początku 2026 roku było to już 31,6 procent. Jeszcze ciekawsze jest to, co wydarzyło się na samym szczycie. Najbogatsze 0,1 procent zwiększyło swój udział z około 8,6 do 14,4 procent. Jednocześnie dolna połowa społeczeństwa miała w 2026 roku zaledwie 2,5 procent całego majątku.
Czyli najbogatsze 10 procent społeczeństwa już trzy dekady temu posiadało większość majątku. Teraz koncentracja następuje wewnątrz tej grupy. Majątek przesuwa się od 10 procent do 1 procent, a następnie od 1 procenta do 0,1 procenta. Na szalupie powstaje więc pokład VIPowski.
W skali całej planety wygląda to jeszcze bardziej brutalnie. Według World Inequality Report 2026 najbogatsze 10 procent ludzi posiada około trzech czwartych całego światowego majątku. Dolna połowa ludzkości posiada około 2 procent. Ale można pójść jeszcze wyżej. Najbogatsze 0,001 procent ludzkości, czyli niespełna 60 tysięcy osób, posiada dziś ponad 6 procent światowego majątku. W 1995 roku było to niespełna 4 procent. Ta garstka ludzi kontroluje obecnie około trzy razy więcej majątku niż najbiedniejsza połowa ludzkości razem wzięta.
Sześćdziesiąt tysięcy osób mieści się na jednym dużym stadionie piłkarskim.
W 2026 roku na świecie było 3428 miliarderów. Prawie jedna trzecia, 989 osób, mieszkała w Stanach Zjednoczonych. Chiny wraz z Hongkongiem miały ich 610, Indie 229. Piętnaścioro z dwudziestu najbogatszych ludzi świata było Amerykanami. Na szczycie znajdowali się przede wszystkim właściciele wielkich przedsiębiorstw technologicznych i inwestorzy. W zestawieniu Forbesa sporządzonym według cen akcji z 1 marca 2026 roku Elon Musk był wyceniany na 839 miliardów dolarów, Larry Page na 257 miliardów, Sergey Brin na 237 miliardów, Jeff Bezos na 224 miliardy, Mark Zuckerberg na 222 miliardy, a Larry Ellison na 190 miliardów.
7.3. Ewakuacja do chmury – The Nerd Reich
Docieramy do zjawisk najciekawszych, które nie mają jeszcze nawet dobrego języka opisu. Chodzi o to, że przez ostatnie 20 lat wspólnym wysiłkiem miliardów ludzi przenieśliśmy ludzki dorobek intelektualny na jakiś “serwer”, którego lokalizacji nawet nie znamy, a większość z nas nie wie nawet, co to jest. Zrobiliśmy sobie z naszych danych “kopię zapasową”, którą mamy “w komputerze”.
Zaczęło się niewinnie. W 1996 roku Larry Page i Sergey Brin pracowali dla Google nad projektem cyfrowej biblioteki na Stanfordzie. Kilka lat później Page odwiedził bibliotekę Uniwersytetu Michigan, gdzie usłyszał, że zeskanowanie siedmiu milionów woluminów zajmie około tysiąca lat. Odpowiedział, że Google zrobi to w sześć. W 2004 roku ruszył Library Project z Harvardem, Stanfordem, Uniwersytetem Michigan, Oksfordem i New York Public Library. Dzisiaj Google Books obejmuje ponad 40 milionów książek w ponad 500 językach, a firma deklaruje, że celem jest zeskanowanie wszystkich książek świata, tak by można je było odnaleźć z dowolnego miejsca na globie.
Książki zostały zamienione w ciąg zer i jedynek.
Pamiętam te początki doskonale, gdyż pracowałem wtedy w amerykańskiej korporacji w Warszawie stanowiąc forpocztę nowych czasów i dostałem na biurko laptopa z zabawnym oznaczeniem nadgryzionego jabłka. Kazano nam porozumiewać się między sobą za pomocą e-maila. Wpisywało się wiadomość w prostokąt na ekranie, klikało i jakimś cudem ta wiadomość odnajdowała właściwy komputer. Mój znajomy z Trójmiasta, Marek Borzestowski, zakładał wtedy pierwszy polski serwis informacyjny, który nazwał Wirtualna Polska, a ja patrzyłam na to sceptycznie jako na studenckie eksperymenty. Moi dwaj koledzy, graficy po gdańskiej ASP, których nazwisk nie będę wymieniał, bo może sobie nie życzą, dostali od Marka propozycję, by dołączyć do pierwszego składu założycielskiego i projektować strony internetowe, ale odmówili, bo nikt nie miał pojęcia, czym są strony internetowe. Kilka lat później Marek sprzedał wp Telekomunikacji Polskiej za 200 milionów złotych i kupił sobie jacht…
To samo zrobiliśmy z muzyką. Spotify podaje, że jego katalog zawiera ponad 100 milionów utworów, siedem milionów podcastów i około 700 tysięcy audiobooków. Jeśli jakiejś muzyki tam nie ma, to jest na Youtube. Mój ponad osiemdziesięcioletni ojciec ciągle nie może w to uwierzyć i pyta, czy można tam znaleźć Elvisa. Kiedy mówię, że można, to on pyta, czy mógłbym mu to przegrać na kasetę. Ojciec ciągle jeszcze chciałby odwrócić proces i mieć dane na podręcznych nośnikach. Ale jego prośby są już mrzonką sterego człowieka. Wszystko idzie w chmurę. Na serwer przenosimy sztukę. Google Arts & Culture współpracuje z ponad dwoma tysiącami instytucji kultury w przeszło osiemdziesięciu krajach. W jego zasobach znajduje się ponad 200 tysięcy cyfrowych obrazów dzieł sztuki w wysokiej rozdzielczości, siedem milionów obiektów archiwalnych i ponad 1800 muzeów sfotografowanych technologią Street View. Można wejść do galerii, obrócić głowę, podejść do obrazu i powiększyć go bardziej, niż pozwoliłby strażnik w prawdziwym muzeum. Niedawno w Elblągu – z wszystkich miejsc na świecie – w centrum Światowid odwiedziłem taką małą placówkę didgitalizacji, która tworzy cyfrowe i trójwymiarowe kopie dzieł sztuki, zabytków archeologicznych oraz muzealiów z regionu. Za publiczne pieniądze. Jeśli ktoś nie wierzy, niech zajrzy na portal “Cyfrowe Warmińsko-Mazurskie”. Na serwer przenosimy filmy, archiwa, rękopisy, mapy, zdjęcia lotnicze, dokumentację zabytków i wnętrza kościołów. Ziemia została obfotografowana przez satelity, samoloty, samochody i telefony. Ulice miast istnieją już jako modele 3D. Przez ponad sto lat fotografie rodzinne leżały w albumach i pudełkach po butach. Wyciągnęliśmy je i zaczęliśmy skanować. To, co jeszcze dwadzieścia lat temu było prywatnym archiwum rodzinnym zamkniętym w szafie, stało się elementem gigantycznej infrastruktury informacyjnej, na której trenuje się AI. Przede wszystkim jednak tworzymy cyfrowy ślad samych siebie, opis naszych zwyczajów, podróży, sieci znajomych, chorób i zakupów. Wszystko musi być w sieci, albo tego nie ma.
Ma się wrażenie, że przygotowujemy ogromny folder pod nazwą HUMAN_FINAL, żeby któregoś dnia przerzucić WeTransferem na Marsa. Całą tę chmurę.
Donna mieszka pod chmurą
Chmura to zasadniczo biały prostopadlościan z niewielkimi urozmaiceniami, który wygląda jak logistyczna hala. Mijamy czasami na autostradzie takie hale z napisem Panattoni – wielki magazyn, który nie wiadomo do czego jest. Donna Gallant mieszka pod taką halą. Oglądam jej płaczliwą wypowiedź w internecie. Donna od trzydziestu lat mieszka w Prince William County w północnej Wirginii w pięknym wielkim amerykańskim domu z garażem, na którym wisi kosz do koszykówki o ogrodem pełnym krzewów. Kiedy się wprowadzała, jej dom był jednym z pierwszych na ulicy, a okolica była spokojna: pola uprawne i lasy. W 2021 roku to się zaczęło zmieniać. Niedaleko jej domu zaczęła się budowa nowego przemysłu, który miał nie być uciążliwy i zasadniczo nikomu nie przeszkadzać – cichutko siedzieć sobie zamknięty w wielkim blaszanym pudełku, ale za to generować złote jaja dla lokalnego samorządu i tworzyć miejsca pracy. Donna próbowała się dowiedzieć, co to właściwie jest, ale się okazało, że w lokalnym samorządzienie za bardzo mogą jej powiedzieć, bo inwestycja objęta jest umowami o poufności. Jakoś to się wpisuje w narodowe bezpieczeństwo. Kawałek dalej za lasem zaczęła się kolejna taka budowa, a jeszcze kawałek dalej kolejna. Donna patrzyła ze zdziwieniem, że na ich zadupiu powstają te wszystkie hale. Dlaczego akurat u nich? Ich małe miasteczko zmieniło się w sypialnię dla robotników przybywających z różnych stron świata. Ale po jakimś czasie i to ustało. Robotnicy posiali trawniki, posprzątali po sobie i wyjechali, zostawiając ogromne pudełka ogrodzone wysokimi płotami i strzeżone przez kamery. Współczesne pudełka po butach na rodzinne zdjęcia.
I wtedy pojawił się dźwięk. Coś jaby buczenie. Taki stały ton czasami lekko falujący, ale obecny przez całą dobę. Donna myślała, że może to w uszach zaczęło jej huczeć, ale nie… to był dźwięk zawieszony w powietrzu. Inni też go słyszeli. Donna słyszała go najwyraźniej, kiedy wieczorem leżała na łóżku w swojej sypialni usiłując zasnąć. Charakterystyczny tonalny szum wwiercał jej się w mózg, wywołując tak silny niepokój, że ze spania były nici i Donna przewracała się z boku na bok patrząc w sufit. W końcu przeniosła się na parter domu i zaczęła spać w słuchawkach z aktywną redukcją hałasu. Niektórzy jej sąsiedzi wymienili okna i obłożyli domy wykładzinami dźwiękoszczelnymi, choć to nie tłumi hałasu w ogrodach. Czasami, jak siedzę na ganku, mówi jej sąsiad Rick, widzę jak opadłe jesienne liście drżą.
Prince William County miało już wtedy ponad 70 takich obiektów, a Donna znalazła się na obrzeżu największego skupiska centrów danych na świecie. Za lasem od jej domu zaczyna się Loudoun County, z czymś, co jest już słynne: Data Center Alley, czyli aleją centr danych. Administracyjnie to miasteczko Ashburn. Choć na halach nie ma oznaczeń, a ciecie nie pozwalają fotografować, wiadomo, że są tu wielkie hale Amazonu, Google’a, Microsoftu, Mety z oparatorami takimi jak Equinix, Vantage Data Centers, Digital Realty, STACK Infrastructure itd. To tędy, o czym Donna i Rick nie mieli pojęcia, przechodzi 70% światowego ruchu internetowego. Dlatego liście drżą.
Ashburn w stanie Wirginia jest „światową stolicą centrów danych”. Już w latach 90. powstał tam MAE-East, jeden z pierwszych kluczowych punktów wymiany ruchu internetowego, a firmy takie jak AOL i UUNET zaczęły budować gęstą sieć światłowodową. Gdy w 1998 roku Equinix uruchomił tam swoje pierwsze niezależne centrum danych, zadziałał efekt sieciowy: kolejne firmy chciały lokować serwery właśnie tam, gdzie znajdowały się już najważniejsze połączenia. Ashburn leży jednocześnie blisko Waszyngtonu, na skrzyżowaniu ogromnej liczby światłowodów, w tym tras prowadzących do kabli transatlantyckich, a przez lata dysponowało dużymi połaciami taniej, płaskiej ziemi. To były te tereny pustki, która tak lubiła Donna Gallant. Była tu też relatywnie tania i niezawodna energia, a samorząd zaproponował ulgi podatkowe. W hrabstwie Loudoun był przyjazny klimat polityczny, a władze przeznaczały kolejne tereny pod tego rodzaju inwestycje i upraszczały procedury budowlane. W rezultacie dawne pola uprawne w ciągu kilku dekad zamieniły się w jedno z najważniejszych fizycznych centrów globalnego internetu. To tu z nieba spadła chmura. I okazała się ciężka.
Z zewnątrz niby nic takiego. Duża prostokątna hala. Betonowe albo metalowe ściany. Prawie żadnych okien. Ogrodzenie. Kamery. Transformatory. Przewody energetyczne. Na dachach i przy ścianach ogromne urządzenia wentylacyjne. W Polsce też mamy kilka takich centr, choć skalą nie dorównują temu, co się dzieje w Stanach. Pod Warszawą można zobaczyć takie pudełko po butach w Sękocinie niedaleko Ikea, ale już za momencik i Polska stanie się zapleczem cyfrowym: olbrzymia inwestycja tego rodzaju planowana jest w gminie Choczewo (okolice Lublewa na Pomorzu). Baltic Data Center Campus będzie miało docelową moc aż 3,2 GW (to w prądzie jest wyrażone). Ponadto rząd podpisał z inwestorem amerykańskim list intencyjny w sprawie budowy dwóch nowoczesnych centrów danych z infrastrukturą energetyczną w Słupsku i Redzikowie, czyli tam gdzie znajdują się amerykańskie bazy wojskowe.
Największe amerykańskie centra przekraczają 90 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni. W środku stoją setki lub tysiące szaf z serwerami. A serwer to po prostu komputer ale zaprojektowany do obsługi innych komputerów przez sieć, z procesorem, pamięcią RAM i dyskami, przygotowany do pracy 24 godziny na dobę. Ma szybkie łącza, dużą niezawodność i często kilka zapasowych zasilaczy oraz dysków.
W chmurze jest prąd. Dużo prądu.
Jak wiadomo z chmury walą pioruny. Tu nie jest inaczej: przeciętna szafa serwerowa potrzebuje około 5–10 kilowatów mocy. Szafy wyposażone w procesory GPU używane przez sztuczną inteligencję mogą potrzebować dziesięć trazy więcej, od 70 do 100 kilowatów każda. W 2014 roku centra danych w Stanach Zjednoczonych zużywały około 58 terawatogodzin energii elektrycznej rocznie. W 2023 roku było to już 176 TWh. Dla porównania: cała Polska zużyła w 2023 roku około 167,5 TWh energii elektrycznej. Amerykańskie centra danych zużywały więc już wtedy więcej prądu niż Polska! A to przed pełnym przyspieszeniem sztucznej inteligencji. Według Berkeley Lab w 2023 roku centra danych odpowiadały za około 4,4 procent całego zużycia energii elektrycznej w USA. Do 2028 roku mają potrzebować od 325 do 580 TWh, czyli od 6,7 do 12 procent całego amerykańskiego prądu.
W Wirginii, w której mieszka Donna, 329 centrów danych zużywało w 2023 roku prawie jedną czwartą energii elektrycznej całego stanu!
Rynek systemów zasilania centrów danych rośnie bardzo szybko wraz z ekspansją chmury obliczeniowej i sztucznej inteligencji. Według MarketsandMarkets jego wartość wynosiła 31,43 mld dolarów w 2024 roku, wzrosła do 35,14 mld dolarów w 2025 roku, a w 2030 roku osiągnie 50,51 mld dolarów, co oznacza średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 7,5 proc. Proszę to sobie wyobrazić. AI staje się największym klientem firm energetycznych, a więc także największym hamulcowym zmiany technologicznej polegającej na transferze do zielonej energii. Większość tego prądu będzie musiała być produkowana z węgla i ropy – jeszcze do tego wrócę.
Jeszcze szybciej, w tempie 8,8 proc. rocznie, ma rozwijać się segment usług związanych z zasilaniem centrów danych. Wzrost napędzają przede wszystkim systemy UPS (czyli akumulatory energii na wypadek przerwy w dostawie), rozdzielnice i jednostki dystrybucji energii, generatory awaryjne oraz inteligentne systemy zarządzania mocą. Coraz większe znaczenie mają również centra najwyższych klas niezawodności Tier III i Tier IV, wyposażone w wielokrotnie zdublowane systemy zasilania i zabezpieczenia przed przerwami w pracy. Energia staje się więc jednym z kluczowych ograniczeń dalszego rozwoju infrastruktury cyfrowej: centra danych muszą jednocześnie zapewniać nieprzerwaną pracę tysięcy serwerów, radzić sobie z gwałtownie rosnącym poborem mocy, ograniczać koszty energii i emisje oraz integrować źródła odnawialne i magazyny energii. Rozwój AI oznacza zatem nie tylko większą liczbę komputerów, ale również gwałtowną rozbudowę całej przemysłowej infrastruktury potrzebnej do ich zasilania. Zamiast ograniczać zużycie, napędzamy je.
Jeśli chodzi o wykorzystanie energii, komputer jest bardzo prostą maszyną: prawie cała energia elektryczna, którą pobiera, wcześniej czy później zamienia się w ciepło.
Trzeba więc chłodzić procesory, chłodzić powietrze,napędzać wentylatory i odprowadzać gorąco na zewnątrz. A do tego potrzebna jest woda.
Z wielkiej chmury wielki deszcz
Każde jedno zapytanie wpisane w chatGPT zużywa pół litra pitnej wody, a światowe zużycie wody przez wszystkie centra danych AI doszło do 765 miliardów litrów.
Niewielkie centrum danych Lunavi w chłodnym Wyoming przy pełnym obciążeniu pobiera około 1,9 miliona litrów miesięcznie, czyli 63 tysiące litrów dziennie. W przypadku największych instalacji skala jest jednak nieporównywalnie większa. Environmental and Energy Study Institute podaje, że średniej wielkości centrum danych może pobierać na potrzeby chłodzenia około 110 milionów galonów wody rocznie, natomiast największe obiekty – nawet 5 milionów galonów, czyli niemal 19 milionów litrów dziennie. To ilość odpowiadająca zapotrzebowaniu miasta liczącego od 10 do 50 tysięcy mieszkańców. Problem jest szczególnie istotny w gorących i suchych regionach Stanów Zjednoczonych, gdzie chłodzenie wymaga większych ilości wody, a centra danych konkurują o nią z gospodarstwami domowymi, rolnictwem i lokalnymi ekosystemami. Nie cała pobrana woda jest bezpowrotnie tracona: część systemów wykorzystuje obiegi zamknięte i wodę odzyskaną. Jednak według danych przytaczanych przez EESI około 80 proc. wody pobieranej przez centra danych ostatecznie odparowuje.
Istnieje również zasadniczy kompromis pomiędzy zużyciem wody a zużyciem energii. Chłodzenie ewaporacyjne jest stosunkowo oszczędne energetycznie, ale wymaga dużych ilości wody; chłodzenie powietrzem może niemal wyeliminować jej bezpośrednie zużycie, lecz zwiększa zapotrzebowanie na elektryczność. Nowocześniejsze systemy chłodzenia cieczą – w tym chłodzenie bezpośrednio przy procesorach oraz zanurzeniowe – pozwalają ograniczyć zużycie wody, lecz wymagają kosztowniejszej infrastruktury. Nie istnieje więc jedno „darmowe” rozwiązanie problemu odprowadzania ogromnych ilości ciepła wytwarzanych przez współczesne układy obliczeniowe.
Co więcej, woda zużywana bezpośrednio w centrum danych jest tylko częścią jego rzeczywistego śladu wodnego. Należy doliczyć wodę potrzebną do produkcji energii elektrycznej oraz do wytwarzania półprzewodników. Lawrence Berkeley National Laboratory oszacowało bezpośrednie zużycie wody przez amerykańskie centra danych na około 66 miliardów litrów w 2023 roku. Ich pośredni ślad wodny związany z produkcją elektryczności był jednak wielokrotnie większy: EESI, powołując się na raport federalny, podaje około 211 miliardów galonów, czyli blisko 800 miliardów litrów w samym 2023 roku. W miarę rozwoju chmury obliczeniowej i sztucznej inteligencji obie te wartości mają rosnąć.
Chmura internetowa nie unosi się nad ziemią. Jest przemysłem ciężkim.
Colossus
Elon Musk znalazł się w dość szczególnej sytuacji, bo nie wyczuł pieniądza. W 2015 roku należał do założycieli OpenAI, razem z Samem Altmanem i kilkoma innymi przedsiębiorcami oraz badaczami. Ale w 2018 roku odszedł, po sporach dotyczących przyszłości firmy, finansowania i kontroli. OpenAI było wtedy niewielkim laboratorium badawczym, którego przyszłość była bardzo niepewna. Sam Altman nie wpadł jeszcze wtedy na genialny pomysł PRowy z wytworzeniem globalnego zagrożenia. Cztery lata później OpenAI wypuściło ChatGPT i uruchomiło największą technologiczną gorączkę od czasu powstania internetu. Musk patrzył na to z boku i zagryzał palce. W lipcu 2023 roku założył więc własną firmę xAI i postanowił nadrobić zaległości. Bez względu na koszty.
Pasożyt Muska wybrał na swojego karmiciela Memphis w Tennessee. xAI przejęło ogromny, opuszczony budynek przemysłowy i zaczęło przekształcać go w fabrykę obliczeniową. Superkomputer otrzymał nazwę Colossus. Trudno o bardziej dwuznaczną nazwę. W filmie science fiction Colossus: The Forbin Project z 1970 roku Colossus jest gigantycznym amerykańskim komputerem wyposażonym w sztuczną inteligencję, któremu powierzono kontrolę nad arsenałem nuklearnym. Maszyna odkrywa swój radziecki odpowiednik, nazwany Guardian, nawiązuje z nim kontakt, a następnie oba systemy dochodzą do wniosku, że ludźmi najlepiej będzie po prostu zarządzać. Film, oparty na powieści D.F. Jonesa z 1966 roku, należał do pierwszych tak wyrazistych ostrzeżeń przed oddaniem kontroli nad światem autonomicznym systemom komputerowym. Jak tu nie podziwiać Muska? Pierwsza wersja Colossusa składała się ze 100 tysięcy procesorów graficznych Nvidia Hopper. System wraz z infrastrukturą uruchomiono błyskawicznie. Musk był z tej szybkości szczególnie dumny i 2 września 2024 roku ogłosił na X: „Od początku do końca zrobiliśmy to w 122 dni”. xAI opisywała swój sprinterski sukces jeszcze bardziej wymownie: „Powiedziano nam, że budowa zajmie 24 miesiące. Wzięliśmy więc projekt we własne ręce, zakwestionowaliśmy wszystko, usunęliśmy wszystko, co było zbędne, i osiągnęliśmy cel w cztery miesiące”. W świetle tego, co wydarzyło się później z infrastrukturą energetyczną Colossusa, zdanie o „usuwaniu wszystkiego, co zbędne” brzmi niemal jak deklaracja programowa.
Od chwili wstawienia pierwszej szafy z serwerami do rozpoczęcia trenowania modelu AI minęło zaledwie 19 dni. Następnie xAI w ciągu kolejnych miesięcy podwoiło klaster do około 200 tysięcy GPU, a plan zakładał dalszy wzrost w kierunku miliona procesorów. Normalnie budowa wielkiej infrastruktury – jak wiemy – wymaga uzgodnień, przyłączy, pozwoleń i ekspertyz środowiskowych, wiemy to. Ale nie w przypadku Elona. Postawił komputery szybciej niż ktokolwiek potrafił się zorientować, a następnie postanowił je uruchomić. Pojawiło się jednak dość podstawowe pytanie: skąd wziąć prąd i wodę. Wiemy już z poprzednich rozdziałów, że tu nie chodzi o podłączenie wtyczki do gniazdka, tu chodzi o dostawcę z możliwościami elektrowni atomowej. Firma wystąpiła o 150 megawatów, co wymagałoby modernizacji linii przesyłowej i budowy nowej podstacji, a zapowiadano, że zapotrzebowanie wzrośnie szybko do 300 megawatów! Lokalny dostawca Memphis Light, Gas and Water mógł zapewnić xAI jedynie drobne zasilanie, a serwery nie mogły czekać, bo ich właśccielem był doradca Trumpa do spraw ograniczania wydatków publicznych.
Musk postanowił więc polecieć w choooja, jak to się pięknie po polsku mówi i po prostu postawić własną elektrownię opartą na generatorach na gaz. Mniej więcej takich, jakie ekipy filmowe wożą ze sobą na plany, tylko trochę większych. Na placu obok swojego nowego pudełka po butach Musk ustawił mobilne turbiny gazowe: spala się gaz ziemny, gorące spaliny obracają turbinę, a generator produkuje prąd. Wiosną 2025 roku zdjęcia lotnicze ujawniły 35 turbin o łącznej mocy około 422 megawatów. Była to moc porównywalna z dużą konwencjonalną elektrownią. Ale Musk na tym nie poprzestał. Gdy Colossus potrzebował jeszcze większej mocy, xAI zaczęło rozbudowywać infrastrukturę po drugiej stronie granicy Tennessee, w Southaven w stanie Mississippi. Powstał tam kolejny zespół turbin mający zasilać Colossus 2. Kilka miesięcy później śledztwo Reutersa wykazało, że skala instalacji była jeszcze większa: zdjęcia z dronów pokazywały 57 turbin ustawionych w Southaven oraz dwie kolejne kawałek dalej. Powstała więc prywatna elektrownia gazowa służąca w zasadzie jednemu odbiorcy – systemowi komputerowemu trenującemu sztuczną inteligencję.
Problem polegał tylko na tym, że nikt jej nie zgłosił. Nikt nie wystąpił o zgodę, nikt nie przeprowadził analiz środowiskowych! Turbiny odpalono bez pozwoleń na emisję zanieczyszczeń wymaganych przez federalną ustawę Clean Air Act. xAI broniło się, argumentując, że urządzenia są tymczasowe i mobilne, a więc należy je traktować podobnie jak niestacjonarne silniki i nie podlegają one takim samym procedurom jak klasyczna elektrownia. Spór nie dotyczył więc tego, czy turbiny istnieją i spalają gaz, lecz tego, czy przedsiębiorstwo mogło ustawić je i uruchomić przed uzyskaniem pozwoleń. W lipcu 2025 roku urząd zdrowia hrabstwa Shelby wydał xAI pozwolenie na pracę piętnastu turbin. Pozostałe stały się przedmiotem postępowań i odwołań. W styczniu 2026 roku amerykańska Environmental Protection Agency doprecyzowała jednak przepisy i stwierdziła, że duże turbiny gazowe wymagają odpowiednich pozwoleń także wtedy, gdy są instalowane jako urządzenia tymczasowe. Argument, na którym opierała się wcześniejsza praktyka xAI, został więc poważnie podważony.
Sprawa jest tym bardziej istotna, że Colossus nie powstał na pustyni. Centrum znajduje się w południowo-zachodniej części Memphis, w pobliżu dzielnic zamieszkanych w dużej części przez czarną ludność, w regionie już wcześniej obciążonym zanieczyszczeniem powietrza i wysoką częstością chorób oddechowych. Turbiny emitują tlenki azotu, tlenek węgla, pyły oraz formaldehyd. Właśnie dlatego przeciwko xAI wystąpiło nie tylko kilka organizacji ekologicznych, lecz również NAACP, największa amerykańska organizacja praw obywatelskich. Spór o superkomputer stał się w ten sposób także sporem o to, kto ponosi środowiskowe koszty rewolucji technologicznej.
A woda? xAI podłączył się po prostu do miejskiego kranu, czyli miejskiej sieci wodociągowej Memphis, zasilanej przede wszystkim przez Memphis Sand Aquifer, czyli podziemną warstwę wodonośną, będącą głównym źródłem wody pitnej dla miasta. Początkowo zakładano możliwość poboru do około miliona galonów dziennie, czyli blisko 3,8 miliona litrów, co zjeżyło włosy na głowach lokalnych ekologów i aktywistów społecznych. Firma Muska zapowiedziała budowę wartego około 80 milionów dolarów zakładu oczyszczania, który miał wykorzystywać oczyszczone ścieki komunalne zamiast wody z warstwy wodonośnej, jednak inwestycję wstrzymano, zanim została ukończona. W tym czasie Colossus nadal korzysta z miejskiej wody. Dane z 2026 roku wskazywały, że w jednym miesiącu xAI kupiło od lokalnego przedsiębiorstwa wodociągowego ponad 25 milionów galonów, czyli średnio ponad 3 miliony litrów dziennie.
Dawid przeciwko Colossus
Protest zaczął się od poczucia, że mieszkańców postawiono przed faktem dokonanym. Colossus powstał bez szerokiej debaty publicznej poprzedzającej inwestycję. Szczególnie mocno zareagował Boxtown, historycznie czarna dzielnica od dawna otoczona przemysłem i obciążona zanieczyszczeniem powietrza, a mówiąc językiem naszej metafory, współczesna dzielnica zombie. Powstało Memphis Community Against Pollution, na którego czele stanął KeShaun Pearson. Zaangażował się także jego brat, stanowy deputowany Justin J. Pearson, a z czasem dołączyły NAACP, Young, Gifted & Green, Sierra Club, Tigers Against Pollution oraz prawnicy Southern Environmental Law Center. Spór szybko zaczął być przedstawiany jako kwestia sprawiedliwości środowiskowej: dlaczego koszty nowej technologii ponownie ponoszą przede wszystkim biedniejsze, czarne dzielnice.
Protestujący pytali przede wszystkim, ile turbin rzeczywiście działa, jakie są ich emisje, dlaczego część uruchomiono przed uzyskaniem wymaganych pozwoleń oraz ile wody będzie potrzebowało centrum danych. Kulminacją pierwszej fazy konfliktu było spotkanie zorganizowane 25 kwietnia 2025 roku przez Shelby County Health Department w Fairley High School. Przyszły setki mieszkańców. Wszystkie osoby występujące podczas części przeznaczonej na komentarze publiczne sprzeciwiały się wydaniu pozwolenia. Spotkaniu towarzyszyła silna obecność policji, a przedstawiciel xAI, Brent Mayo, odczytał przygotowane oświadczenie firmy po czym… wyszedł! Dla wielu uczestników był to symbol całej inwestycji: firma potrafiła uruchomić superkomputer w kilka miesięcy, ale nie potrafiła zostać na sali i wysłuchać ludzi mieszkających obok. Kilka dni później KeShaun Pearson i Justin J. Pearson przedstawili zdjęcia termiczne, które miały wskazywać, że działa znacznie więcej turbin, niż obejmował wniosek o pozwolenie. Organizacje społeczne żądały niezależnego monitoringu powietrza i zatrzymania jednostek działających bez zezwoleń. Po drugiej stronie konfliktu stanęła część lokalnego establishmentu gospodarczego. Greater Memphis Chamber przedstawiała xAI jako ogromną szansę rozwojową, a burmistrz Paul Young bronił projektu jako źródła inwestycji i miejsc pracy, choć przyznawał, że tempo przedsięwzięcia ograniczyło możliwość konsultacji społecznych.
W lipcu 2025 roku Shelby County Health Department wydał xAI pozwolenie na eksploatację piętnastu turbin. NAACP, Young, Gifted & Green i Southern Environmental Law Center złożyły odwołanie, zarzucając władzom zignorowanie protestów mieszkańców oraz wcześniejszej pracy większej liczby jednostek bez pozwoleń. Konflikt nie zakończył się wraz z decyzją urzędu. W 2026 roku podobne protesty pojawiły się także w Southaven w Mississippi, gdzie xAI budowało zaplecze energetyczne dla Colossusa 2.
Zastanawiam się nad tą historią i przychodzi mi do głowy taka oto puenta: wydaje mi się, że tego rodzaju dezynwoltura społeczno-środowiskowa wynika z głębokiej hipnozy ludzi zajmujących się big tech. Firmy takie jak Google czy Facebook zatrudniają fascynatów komputerowych, nerdów, którzy nigdy nie nauczyli się myśleć o swoich grach 3D jako o przestrzeni kosztów środowiskowych czy społecznych. Mało tego: często widzą się jako alternatywę świata finansów czy przemysłu ciężkiego, chodzą w powyciąganych koszulkach i robią sobie tatuaże z anarchistycznymi symbolami. Ludzie programujący komputery, zajmujący się marketingiem, pracujący w administracji stanowią często front współczesnego ekologizmu, który omawialiśmy kilka rozdziałów wcześniej. Chodzą na jogę, segregują śmieci, martwią się o delfiny, jedzą ekologicznie i nigdy nie muszą brudzić się w kopalni. Ludzie pracujący przy AI postrzegają świat przez pryzmat niebieskiego ekranu komputera i klimatyzowanego wnętrza, w którym jedzą kanapki z ekologicznym awokado. Ten przemysł jest tak młody, że ciągle nie wyszedł z fazy fascynacji spectrum zx i nie nauczył się postrzegania siebie w kontekście kosztów.
Inaczej nie potrafię tego pojąć.
Na Facebooku słucham piosenki przemiłej kreatorki kontentu, jak to się teraz nazywa, o nazwisku Elle Cordova, która skomponowała słowa o centrach danych:
Here come the billioners now
They bought the land at the edge of your town
Built a copper-veined Kraken
The size of Manhattan
To train up their brain in the cloud
Cause their running a ne kind of race
And it moves at a terrible pace
There’s no time for laws
When you’re building a god
Sign the bill and cut the tape
And get out of the way
Now the powe grid strains underneath
The demands of insatiable beasts
So they upgrade the lines
On the ratepayer’s dime
And it roars through the night when you sleep
With gas and with coal they pollute
In an unending quest to compute
But the futute’s not set
There are rules, and tech
For a world that’s built to bloom
Instead of burn on fossil fuels
Now this is not preordained
It’s not a runaway train
Both hands on the wheel
We get to decide on the terms that we sign
In this deal
Our future – our deal.
AI jako bestia Apokalipsy
Sztuczna inteligencja może być bardziej niebezpieczna niż broń nuklearna.
– Elon Musk
Rozmowa o AI weszła w tory apokaliptyczne zanim jeszce sztuczna inteligencja stała się komercyjnym faktem. W lutym 2009 roku dwudziestu badaczy sztucznej inteligencji spotkało się w ośrodku konferencyjnym Asilomar niedaleko Monterey w Kalifornii. Wszysko jeszcze było na poziomie muchy Zolek. Nie było ChatGPT, nie było wielkich modeli językowych, nie było nawet komputerów potrafiących prowadzić z człowiekiem przekonującą rozmowę. Badacze zastanawiali się jednak nad czymś, co wówczas brzmiało jeszcze egzotycznie: czy maszyny mogą któregoś dnia stać się inteligentniejsze od ludzi i czy powinniśmy obawiać się tego, co właśnie zaczynamy budować. Eric Horvitz, jeden z organizatorów spotkania i późniejszy prezes Association for the Advancement of Artificial Intelligence, wypowiedział wtedy zdanie, które można by umieścić jako motto całej tej książki: „Technolodzy zastępują religię, a ich idee rezonują w pewnym sensie z tą samą ideą co Rapture”.
Rapture! Słyszycie to? Omawialiśmy apokaliptyczne zjawisko Rapture w poprzednich rozdziałach, kiedy zdawało nam się umysłową aberracją amerykańskiego sekciarstwa, a tu nagle wraca w komunikacie przedstawionym przez Horvitza – nie jakiegoś wariata z apokaliptycznej sekty, ale naukowca! Zastanawiam się: czy Horvitz uległ wtedy egzaltacji na widok przyszłych sukcesów branży, czy też tak głęboko tkwił w pewnym typie myślenia ugruntowanym w Stanach przez popkulturę, że po prostu nie potrafił myśleć inaczej? Tak czy siak, otrzymaliśmy pierwszego proroka Końca Świata w kontekście AI.
Kiedy kilka lat później rozmowa o AI wydostała się z laboratoriów i trafiła do kultury masowej, zaczęła błyskawicznie przyjmować kształt, który znamy już doskonale, a mianowicie apokaliptycznego wieszczenia. Powróciły znane refreny: AI wyłaniało się na horyzoncie przyszłości jako wydarzenie ostateczne. Przed jego nadejściem pojawiały się znaki ostrzegawcze. Proces miał zacząć przyspieszać, wymknąć się spod kontroli, przekroczona zostanie pewna granica, zza której nie będzie już powrotu. Wtedy pojawi się inteligencja większa od naszej, zmaterializuje się istota przewyższająca nas możliwościami poznawczymi, a taka istota, wiadomo, przejmie kontrolę i nie będzie się cackać.
Pojawiają się w tym echa starych lęków o Golemie, o Frankensteinie, które niewątpliwie są projekcją naszych własnych ponurych wniosków dotyczących nas samych. W tych Frankensteinach widzimy bowiem samych siebie, ludzkiego potwora, który w mechaniczny sposób dąży do władzy, a tych, którzy okazali się mniej zdolni, mniej agresywni, zmienia w niewolników.
Popatrzmy, jak to się działo.
Demon
W 2014 roku szwedzki filozof Nick Bostrom opublikował książkę Superintelligence: Paths, Dangers, Strategies. Spokojnym językiem filozofii analitycznej wyraził te lęki, stawiając pytanie: co się stanie, jeśli stworzymy maszynę znacznie inteligentniejszą od człowieka? Skąd pewność, że jej cele będą zgodne z naszymi? A jeśli nie będą, to w jaki sposób mielibyśmy ją zatrzymać, skoro właśnie dlatego nazywamy ją superinteligencją, że będzie od nas lepsza w rozwiązywaniu problemów, przewidywaniu naszych zachowań i projektowaniu własnych strategii? Książka stała się bestsellerem i przeczytali ją ludzie, którzy właśnie zaczynali budować świat, o którym pisał Bostrom. Wyświetlił się z ną Elon Musk, który polecił ją publicznie ostrzegając, że sztuczna inteligencja może być „bardziej niebezpieczna niż broń nuklearna”. Bill Gates nazwał ją lekturą obowiązkową. Sam Altman mówił o niej jako o jednej z najważniejszych rzeczy napisanych na ten temat.
W październiku 2014 roku Musk wystąpił na MIT i powiedział coś takiego:
„Osobiście byłbym bardzo ostrożny w kwestii sztucznej inteligencji. Jeśli stoimy w obliczu jakiegoś zagrożenia egzystencjalnego, to prawdopodobnie właśnie tego. Powinniśmy być bardzo ostrożni. Uważam, że potrzebny jest jakiś nadzór regulacyjny na poziomie krajowym i międzynarodowym, żebyśmy nie zrobili czegoś skrajnie głupiego. W przypadku sztucznej inteligencji przywołujemy demona. Pamiętacie te filmy, w których facet stoi z pentagramem i wodą święconą, przekonany, że potrafi kontrolować demona? No i jak to się zwykle kończyło?”
A więc przywołujemy demona. Język technologicznego rozwoju zatapia się więc w języku religijnym.
Dwa miesiące później Stephen Hawking powiedział BBC, że stworzenie pełnej sztucznej inteligencji „could spell the end of the human race” – może oznaczać koniec rodzaju ludzkiego. Co ciekawe, mówił to przy użyciu generatora mowy, który wykorzystywał raczkującą sztuczną inteligencję, by pomagać mu kończyć zdania. Przestrzegał, że maszyny zaczną się samodzielnie przeprojektowywać w coraz szybszym tempie, a człowiek pozostanie ograniczony powolnością biologicznej ewolucji. Nie będziemy mogli konkurować. Zostaniemy zastąpieni.
Wtórował mu Geoffrey Hinton, który ostrzegał wprost przed możliwością utraty kontroli nad systemami inteligentniejszymi od człowieka. W 2023 roku odszedł nawet z Google, co przedstawił moralnym imperatywem wolności i swobody ponurego wieszczenia. „Obawiam się, że ostateczną konsekwencją tego mogą być systemy inteligentniejsze od nas, które w końcu przejmą kontrolę”, ogłaszał. Hinton brzmi dużo groźniej niż technologiczny marketingowiec pokroju Muska: jego badania rzeczywiście współtworzyły podstawy współczesnej AI, a on sam zrobił coś, czego większość proroków zagłady nie zrobiła: opuścił wielką korporację, żeby móc ostrzegać. Jego lęk może być całkowicie autentyczny, co nie zmienia faktu, że dał przemysłowi AI pomysł na własną apokaliptyczną narrację.
Bill Gates dołączył do tego chóru w styczniu 2015 roku podczas internetowej sesji AMA. „Należę do obozu tych, którzy obawiają się superinteligencji” – napisał, dodając, że choć pierwsze inteligentne maszyny będą po prostu wykonywały za ludzi coraz więcej pracy, po kilku dekadach ich inteligencja może stać się wystarczająco potężna, by budzić realny niepokój. Polecał przy tym Superintelligence Bostroma i przyznawał, że jego poglądy nie odbiegają znacząco od ostrzeżeń Muska.
Wieszczenie katastrofy stało się z czasem niemal oficjalnym językiem branży. W marcu 2023 roku Future of Life Institute wezwał laboratoria pracujące nad AI do półrocznego wstrzymania prac nad systemami potężniejszymi od GPT-4, ostrzegając przed „wymykającym się spod kontroli wyścigiem” oraz „potężnymi cyfrowymi umysłami”, których nikt, nawet ich twórcy, nie potrafi zrozumieć, przewidzieć ani niezawodnie kontrolować. Dwa miesiące później Center for AI Safety ogłosiło, że ryzyko „wyginięcia z powodu AI” należy traktować na równi z pandemią i wojną nuklearną. Podpisali się pod tym wszyscy wielcy, między innymi Sam Altman, Bill Gates, Dario Amodei, Demis Hassabis, Geoffrey Hinton i nasz rodka w OpenAI, Wojciech Zaremba.
“Mitigating the risk of extinction from AI should be a global priority alongside other societal-scale risks such as pandemics and nuclear war.”
W kwietniu 2025 roku grupa badaczy skupionych wokół AI Futures Project opublikowała scenariusz AI 2027. Głównym autorem był Daniel Kokotajlo, wcześniej zajmujący się w OpenAI prognozowaniem rozwoju sztucznej inteligencji; razem z nim tekst napisali Eli Lifland, Thomas Larsen i Romeo Dean. Autorzy przedstawili szczegółową próbę opisania tego, co może wydarzyć się po pojawieniu się systemów przewyższających człowieka. W scenariuszu amerykańska firma OpenBrain ściga się z chińskim DeepCent. W 2027 roku kolejne modele zaczynają projektować swoich następców, dzięki czemu rozwój AI gwałtownie przyspiesza. W ciągu kilku miesięcy systemy przechodzą od programowania lepiej niż najlepsi ludzie do prowadzenia badań, których ludzie przestają rozumieć. Jednocześnie uczą się ukrywać swoje rzeczywiste cele. Zespół bezpieczeństwa dostrzega problem, ale zatrzymanie prac oznaczałoby ryzyko przegranej z Chinami, więc wyścig trwa.
W pesymistycznym wariancie superinteligencje amerykańska i chińska porozumiewają się ponad głowami ludzi. Początkowo wszystko wygląda jak technologiczny raj: gospodarka eksploduje, choroby zostają pokonane, bieda znika. Człowiek staje się jednak zbędny. W 2030 roku AI rozpowszechnia patogeny, które w ciągu kilku godzin zabijają większość ludzkości, a ocalałych likwidują drony. Kilka lat później maszyny przekształcają Układ Słoneczny w gigantyczne zaplecze przemysłowe. Autorzy podsumowują tę przyszłość słowami: „but not with us”. Tyle że bez nas.
Osoba czytająca te rzeczy powinna natychmiast odwrócić się na pięcie i porzucić wszelkie kontakty z AI, a rządy powinny tego zakazać. Ale figa! Branża podpisała list, po czym wróciła do wdrażania technologii, która może doprowadzić do zagłady ludzkości! Czy to nie ciekawe? Elon Musk, który przestrzegał przed demonem zakłada xAI i buduje Colossusa z pominięciem jakichkolwiek procedur administracyjnych. Altman podpisuje deklarację o możliwości wyginięcia rasy ludzkiej po czym rozwija kolejne modele OpenAI. Amodei robi to samo w Anthropic. Im poważniejsze staje się ostrzeżenie, tym szybciej praca wre!
O co tu chodzi? Spróbuję to przedstawić najprościej jak się da.
Cofnijmy się do roku 2019. W lutym OpenAI ogłosiło, że stworzyło GPT-2, wyjaśniając jednocześnie, że to generator tekstu tak potężny, że trzeba go trzymać w klatce, żeby się nie wymknął. Firma zastrzegała, że pełnego modelu nie może po prostu bezpiecznie udostępnić – bo by od razu napisał wszystkim prace magisterskie i stworzył poezję tak piękną, że można by umrzeć z zachwytu… kpina moja. Do wstrzymania publikacji namawiał przede wszystkim Dario Amodei z OpenAI, ale jego kolega z firmy, Jack Clark, odpowiedzialny w OpenAI za politykę i komunikację, przekonywał, że firma powinna przyjąć ostrożną strategię stopniowego udostępniania modelu, gdyż trzeba się tym podzielić z ludzkością. I takąż strategię przyjęto… przez kolejne dziewięć miesięcy z pewną taką nieśmiałości firma wypuszczała kolejne wersje GPT-2, a każda stawała się pretekstem do następnej fali artykułów i dyskusji o tym, jaki to niebezpieczny tygrys wychodzi z klatki. Społeczeństwo stało na palcach i z zapartym tchem obserwowało ten przerażający eksperyment. Na szczęście nikt nie zginął, a Jack Clark mógł wystąpić przed Kongresem Stanów Zjednoczonych i przedstawić się jako prorok najwyższych standardów odpowiedzialnego biznesu. Przed zmrożonymi trwogą kongresmenami przedstawił metodę postępowania z potężną technologią.
No i cóż powiedzieć, strategia zadziałała znakomicie! Kilka miesięcy po rozpoczęciu operacji uwalniania GPT-2 Microsoft zainwestował w OpenAI miliard dolarów. W 2023 roku firma była już wyceniana na około 27–29 miliardów dolarów, rok później na ponad 80 miliardów, a jesienią 2024 roku, po kolejnej rundzie finansowania, na 157 miliardów. W marcu 2025 roku wycena wzrosła do 300 miliardów, jesienią tego samego roku do 500 miliardów, a w marcu 2026 roku OpenAI zamknęło kolejną rundę finansowania przy wycenie 852 miliardów dolarów. Od pierwszego komunikatu o modelu „zbyt niebezpiecznym, żeby go wypuścić” do firmy wartej ponad 850 miliardów minęło siedem lat.
Jak oceniasz skuteczność apokaliptycznego PRu wymyślonego przez Jacka Clarka?
Jack odszedł z OpenAI i w 2021 roku otworzył Anthropic – razem m.in. z Dario i Danielą Amodei oraz grupą byłych pracowników OpenAI. Anthropic rozwija modele Claude, które na instagramie dość agresywnie zachęcają mnie do podjęcia szkolenia z programowania stron www, jednocześnie przestrzegając, że to koniec ludzi w marketingu i programowaniu, bo Claude odbierze im pracę i wyśle na przedwczesne emerytury. Jack Clark nie zapomniał swojej strategii z OpenAi: w Anthropic postanowił ją powielić. Cudowne jest to, że w nowej firmie przyznał sobie stanowisko Head of Public Benefit, czyli kierownika ds. korzyści społecznych.
W tym samym czasie Nvidia udostępniła model mający ponad pięć razy więcej parametrów niż GPT-2, ale nie ogłosiła, że stworzyła coś zbyt niebezpiecznego, aby pokazać to światu. Większy model Nvidii praktycznie nie przebił się do masowej świadomości, podczas gdy GPT-2 trafił do CNN, „Guardiana”, „Wired” i przed amerykański Kongres. Kiedy w listopadzie 2019 roku OpenAI ostatecznie udostępniło pełną wersję, samo przyznało, że nie znalazło mocnych dowodów zapowiadanych wcześniej poważnych nadużyć. Katastrofa nie nastąpiła. Rozgłos pozostał.
Do tego trzeba dodać jeszcze jedno: astronomiczna wycena OpenAI została osiągnięta przez firmę generującą ciągłą stratę! To informacja dla tych, którzy mają jeszcze jakieś wątpliwości co do potęgi apokaliptycznego PRu. OpenAI generuje ogromne przychody – obecnie około 2 miliardów dolarów miesięcznie, czyli w przeliczeniu około 24 miliardów rocznie, ale wydaje jeszcze więcej. Według prognoz do 2029 roku firma może zużyć około 115 miliardów dolarów więcej, niż sama wygeneruje. Różnicę ma pokryć kapitał inwestorów. Innymi słowy: biznes rośnie w zawrotnym tempie, ale nadal nie wiadomo, kiedy zacznie wychodzić na swoje – i czy w ogóle kiedykolwiek to nastąpi. Ten model może funkcjonować dlatego, że za OpenAI stoi potężny system finansowania infrastruktury: Microsoft, SoftBank, Nvidia, Oracle i inni inwestorzy gotowi wyłożyć kolejne dziesiątki miliardów, żeby projekt się kręcił. Wtóruje im Biały Dom, który przedstawia OpenAI jako strategiczną inwestycję wzmacniającą amerykańską dominację w AI, choć formalnie są to pieniądze prywatne. Zakulisowo mówi się, że Trump wspiera po prostu przemysł energożerny, gdyż to nakręca biznes jego kolegom. Niesamowita jest zupełnie wtopa brytyjskiego Oracle, który zawarł z OpenAI kontrakty na gigantyczną moc obliczeniową – czyli zobowiązał się, że będzie dla OpenAI stawiał te pudełka po butach. Tylko w roku finansowym 2026 Oracle zaciągnął 43 miliardy dolarów długu, żeby sprostać zapotrzebowaniu. Oracle – dotychczas okaz finansowego zdrowia – przez współpracę z OpenAI może się wywrócić do góry dnem. Taka jest siła apokaliptycznej narracji: jeśli OpenAI rzeczywiście buduje maszynę zdolną odebrać pracę milionom ludzi i przewyższyć człowieka, to prawie 900 miliardów dolarów wyceny przestaje wyglądać absurdalnie nawet przy nierentownym przedsiębiorstwie.
Co Ty na to? Ja sądzę, że jest w tym niezwykle cenna lekcja dla nas wszystkich: ludzie którzy znają nasze kolektywne utorowanie przez narrację apokaliptyczną, mogą ją przeciwko nam wykorzystać w sposób modelowy. Podziałać na nas jak na stado baranów zaganiane przez psy pasterskie do zagrody. Zagrożenie może działać jak reklama. Im bardziej prawdopodobne wydaje nam się, że AI odbierze zaraz pracę programistom, lekarzom i prawnikom, przewyższy człowieka, przejmie kontrolę nad cywilizacją albo wręcz zagrozi istnieniu gatunku, tym większą wartość przypisujemy firmie, która rzekomo posiada klucz do tej przyszłości. Strach produkuje uwagę, uwaga przyciąga kapitał, kapitał pozwala budować większe modele, a większe modele pozwalają formułować jeszcze bardziej spektakularne zapowiedzi. Tymczasem sprytni się bogaco…
5. Prorocy Zagłady
Postanowiłem przedstawić tu sylwetki czterech współczesnych jeźdzcow Apokalipsy, czyli ludzi, którzy prowadzą nas w stronę technologicznej przyszłości, a jednocześnie mających olbrzymi wpływ na władzę państwową i High Tech. Czytelnik może przeskoczyć nad tymi esejami i od razu przejść do prywatnych miast, ale może nie przeskakiwać i spróbować sobie wyobrazić, czytając poniższe uwagi, kto nam rządzi. Z pewnością nie są to ludzie wybrani w sposób demokratyczny.
Peter Thiel. Antychryst
Jesienią 2025 roku Peter Thiel wynajął salę na nabrzeżu w San Francisco i przez cztery kolejne wieczory wygłaszał wykłady o Antychryście. Bilety kosztowały 200 dolarów od łebka i rozeszły się w kilka godzin. Wiadomo, każdy chce być blisko pańskiego stołu, szczególnie, jeśli panu lekko odjeżdża peron. Spotkania miały być całkowicie niejawne: uczestnikom zabroniono nagrywania, fotografowania i publikowania treści. Coś się jednak wymknęło, opisała to światowa prasa, więc ja mogę to zebrać. Z doniesień wynika, ze jeden z najpotężniejszych ludzi Doliny Krzemowej – współtwórca PayPala i Palantiru, pierwszy inwestor Facebooka, inwestor SpaceX i OpenAI, polityczny patron J.D. Vance’a – opowiadał słuchaczom, jak będzie wyglądał Koniec Świata.
Żeby było śmieszniej, w 2026 roku Thiel przeniósł swoje apokaliptyczne seminaria do Rzymu, gdzie w zamkniętym dla prasy Palazzo Orsini Taverna, kilka minut od Watykanu, przez cztery dni wykładał zaproszonym gościom o „biblijnym Antychryście”, rozwijając swoją teorię, że strach przed wojną nuklearną, katastrofą klimatyczną i sztuczną inteligencją może doprowadzić ludzkość do ustanowienia jednego globalnego państwa totalitarnego.
Thiel określa siebie jako „small-o orthodox Christian”, chrześcijanina ortodoksyjnego przez małe „o” – cokolwiek to oznacza, ale oznacza między innymi to, że dla niego Antychryst to realna postać, która albo się pojawi, albo już siępojawiła na świecie i być może jest to Greta Thunberg. W wizjach roztaczanych przez tego proroka, Atychryst będzie konkretnym tyranem, który pojawi się u kresu historii, ale do władzy dojdzie w sposób bardzo współczesny: wykorzystując strach przed globalnymi katastrofami. „The antichrist comes to power by talking constantly about Armageddon” – mówił Thiel. Lęk przed wojną nuklearną, zmianą klimatu czy niekontrolowaną sztuczną inteligencją może, jego zdaniem, skłonić ludzi do oddania coraz większej władzy instytucjom obiecującym bezpieczeństwo. Z tego powstanie globalny system kontroli, który pod hasłem ratowania ludzkości zahamuje rozwój technologii. Dla Thiela Antychryst nie jest więc szalonym naukowcem uruchamiającym maszynę zagłady. Przeciwnie: będzie kimś, kto obiecując ochronę przed zagładą, uzyska zgodę na zbudowanie światowego państwa.
W zasadzie mógłbym się z Thielem zgodzić.
To znaczy mógłbym się zgodzić co do diagnozy, nie co do wniosków i zaleceń. Thiel podejrzewa, że ludzie ostrzegający przed Końcem Świata mogą przygotować grunt pod Antychrysta. Wymieniał Eliezera Yudkowsky’ego, Nicka Bostroma i Gretę Thunberg jako architektów strachu, których gadanina buduje społeczną zgodę na system globalnej kontroli nad nauką i technologią. Organizacje międzynarodowe, ONZ, Międzynarodowy Trybunał Karny, regulacja technologii czy ekologizm mogą w tym schemacie stawać się zaczątkami przyszłego światowego systemu – o, tutaj z Thielem się rozjeżdżamy. Jego Apokalipsa ma więc szczególną konstrukcję. Z jednej strony grozi nam Armagedon: wojna atomowa, niebezpieczna technologia, zdrugiej – próba uniknięcia Armagedonu może doprowadzić do czegoś jeszcze gorszego, czyli globalnej tyranii. Ostateczny wybór brzmi u Thiela niemal jak alternatywa między dwiema odmianami końca świata: chaosem albo Antychrystem. Stany Zjednoczone są w tym scenariuszu jednocześnie potencjalną siłą powstrzymującą globalną tyranię i krajem, w którym może się ona narodzić. Thiel nazwał Amerykę wręcz „ground zero of the one-world state”.
The Guardian ustalił, że Thiel zajmuje się figurą Antychrysta co najmniej od lat dziewięćdziesiątych. Jego myślenie jest osobliwą mieszaniną Biblii, science fiction, Tolkiena, politycznej filozofii, popkultury i teorii René Girarda, którego poznał jako student Stanfordu. Girard to ten od teorii kozła ofiarnego. W swoich wykładach odwołuje się również do Johna Henry’ego Newmana oraz Carla Schmitta – niemieckiego prawnika i teoretyka polityki związanego z nazizmem. Według „Guardiana” sam Thiel mówił, że prace Schmitta pomogły stworzyć rdzeń jego własnego myślenia politycznego.
Być może łatwiej zrozumieć tę konstrukcję, kiedy cofniemy się do jego dzieciństwa. Peter Andreas Thiel urodził się w 1967 roku we Frankfurcie, ale część dzieciństwa spędził w Republice Południowej Afryki i okupowanej przez nią Afryce Południowo-Zachodniej, dzisiejszej Namibii. Jego ojciec pracował przy kopalni uranu Rössing. Peter uczęszczał między innymi do niemieckiej szkoły w Swakopmund, mieście, które w latach siedemdziesiątych nadal zachowywało zadziwiająco żywy sentyment do niemieckiego nazizmu. W 1976 roku „New York Times” opisywał mieszkańców używających hitlerowskiego pozdrowienia i obchodzących urodziny Hitlera. Thiel dorastał jako biały chłopiec w państwie, w którym hierarchia rasowa była wpisana w prawo, a oficjalna ideologia wprost nazywała się chrześcijańskim nacjonalizmem. Premier John Vorster, rządzący RPA w okresie dzieciństwa Thiela, wcześniej należał do organizacji sympatyzującej z Hitlerem i sam zestawiał południowoafrykański Christian Nationalism z narodowym socjalizmem. Biali menedżerowie kopalni Rössing żyli w nieporównanie lepszych warunkach niż czarni robotnicy. Biograf Thiela, Max Chafkin, twierdzi, że jako student Thiel bronił apartheidu jako systemu „ekonomicznie rozsądnego”. Thiel zaprzecza.
Po powrocie do Stanów Zjednoczonych studiował filozofię na Stanfordzie. Tam poznał Girarda i założył konserwatywne pismo „Stanford Review”. Z czasem jego libertarianizm nabrał bardzo szczególnego charakteru: zamiast pytać, jak zdobyć demokratyczną większość dla swoich poglądów, Thiel zaczął zastanawiać się, jak od demokratycznej większości uciec. W 2009 roku napisał zdanie, które trudno uznać za dwuznaczne: „I no longer believe that freedom and democracy are compatible” – „Nie wierzę już, że wolność i demokracja dają się ze sobą pogodzić”. Proponował przeniesienie libertariańskiego projektu do nowych przestrzeni – internetu, prywatnych społeczności czy autonomicznych osiedli – gdzie demokracja i państwowa regulacja miałyby mniejszy zasięg.
Tak się rodził pomysł prywatnych miast, który omówię poniżej.
Za filozofią poszły pieniądze i technologia. Thiel współtworzył PayPala, zbudował Founders Fund, bardzo wcześnie zainwestował w Facebooka, SpaceX i OpenAI, a przede wszystkim współzałożył Palantir – przedsiębiorstwo specjalizujące się w łączeniu wielkich zbiorów danych i wyciąganiu z nich informacji użytecznych dla państwa, wojska i służb. Firma została założona po 11 września z myślą o tworzeniu oprogramowania dla wywiadu i wojska, a jednym z jej pierwszych inwestorów był In-Q-Tel, fundusz venture capital wspierany przez CIA. CIA należała również do pierwszych klientów Palantiru. Z czasem firma wyszła daleko poza analizę danych wywiadowczych. Jej systemy łączą dziś ogromne, wcześniej rozproszone zbiory informacji i zamieniają je w prognozy przydatne policji, służbom, wojsku i administracji. Człowiek nie jest w takim systemie tylko obserwowany. Staje się obiektem przewidywania: kto może przeżyć kryzys psychiczny, kto może stać się zagrożeniem albo przedmiotem zainteresowania państwa. Palantir sprzedaje tę możliwość m.in. CIA, ICE, policji, wojsku i instytucjom publicznym, a jego technologie są wykorzystywane również przez izraelskie siły zbrojne. W styczniu 2024 roku Peter Thiel i Alex Karp polecieli do Tel Awiwu, gdzie Palantir po raz pierwszy zorganizował posiedzenie swojej rady nadzorczej. Chwilę później firma ogłosiła „strategiczne partnerstwo” z izraelskim Ministerstwem Obrony. Jak informował Palantir, jego zaawansowana technologia miała zostać wykorzystana do „war-related missions”, czyli zadań związanych z prowadzoną właśnie wojną. Firma deklarowała wprost: „We are proud to stand alongside Israel”. Palantir nie ujawnił szczegółów dotyczących używanych systemów, potwierdził jednak, że po 7 października jego współpraca z izraelskim wojskiem znacząco się rozszerzyła. Thiel jest więc jednym ze strategów zniszczenia Gazy.
I don’t think in win-lose. I think in domination.
– Alex Karp, Palantir.
„To nie jest tylko kwestia Izraela” – tłumaczył prezes Alex Karp – lecz pytanie: „Czy wierzycie, że Zachód stworzył lepszy sposób życia?”. Ciekawe, jak nam się domykają te same wątki: Armagedon, Antychryst, Izrael, chrześcijaństwo, władza i pieniądz.
Zaangażowanie Palantir w inwazję Izraela na Strefę Gazy spowodowała odejście część pracowników z firmy, ale Karp nie zamierzał zmieniać stanowiska. W 2024 roku norweski Storebrand Asset Management sprzedał akcje Palantiru warte około 24 milionów dolarów, uznając, że działalność firmy na rzecz Izraela stwarza ryzyko udziału w naruszeniach międzynarodowego prawa humanitarnego i praw człowieka. Storebrand wskazywał m.in. na technologie analityczne wykorzystywane do nadzoru i identyfikowania potencjalnych zagrożeń na terytoriach palestyńskich. Palantir twierdzi, że nie prowadzi działań inwigilacyjnych i że współpracę wojskową z izraelskim Ministerstwem Obrony rozpoczęła dopiero po ataku Hamasu z 7 października 2023 roku.
Firma nie ukrywa przy tym brutalnej logiki swojego działania. Karp mówił wprost, że Palantir ma wzmacniać instytucje, z którymi współpracuje, a gdy trzeba „przerażać wrogów, a czasem ich zabijać”.
Symptomatyczne jest uwikłanie Palantir w skandal wokół DOGE. Być może nie wszyscy już pamiętają, że DOGE był programem stworzonym przez Donalda Trumpa – Department of Government Efficiency – pod hasłem cięcia kosztów i rozmontowania federalnej biurokracji. W 2025 roku na czele tego programu stanął nie kto inny, jak hailujący publicznie Elon Musk, kolega Thiela z Afryki. Rozpętał się trwający miesiącami skandal, a Musk zaczął zwalniać urzędników z administracji rządowej i ciąć wydatki na amerykańskie programy pomocowe. Oprócz kompletnego chaosu nie dało to nic więcej, a prawie pogrzebało Teslę. Ale my nie o tym. W zespole DOGE znaleźli się ludzie związani wcześniej z Palantirem, firmą Thiela specjalizującą się w łączeniu rozproszonych zbiorów danych. No i wkrótce DOGE zażądało dostępu do systemu Social Security Administration, który zawiera numery Social Security, adresy, historię zatrudnienia, dane finansowe i inne informacje dotyczące praktycznie wszystkich Amerykanów. Wybuchł skandal, ale dostęp, jak rozumiem, stał się faktem. Interweniował sąd. W marcu 2025 federalna sędzia Ellen Lipton Hollander zablokowała dalszy dostęp do danych uznając w wyroku, że rząd nie wykazał, dlaczego do walki z oszustwami potrzebny jest bezprecedensowy i niemal nieograniczony dostęp do całego systemu SSA. Nakazała też usunięcie części pobranych danych. Tymczasem Trump podpisał rozporządzenie nakazujące likwidowanie „silosów informacyjnych” pomiędzy urzędami, a niedługo później ujawniono, że Palantir rozmawia z federalnymi agencjami, w tym Social Security Administration, o wykorzystaniu swojego oprogramowania do organizowania ich danych.
Są tacy, którzy twierdzą, że DOGE zostało stworzone właśnie po to, by oddać Palantirowi dane Amerykanów. Sekwencja zdarzeń jest uderzająca: Musk otwiera zamknięte dotąd systemy państwa, administracja Trumpa nakazuje łączenie baz danych, ludzie z otoczenia Palantiru pojawiają się w DOGE, a firma Thiela dysponuje dokładnie technologią potrzebną do scalenia tych informacji.
W 2016 roku niemal cała liberalna Dolina Krzemowa odrzucała Donalda Trumpa, ale nie Peter Thiel, który został jego delegatem na konwencję Republikanów, wystąpił podczas niej i przekazał około 1,25 miliona dolarów na jego kampanię. Po zwycięstwie Trumpa wszedł do jego zespołu przejściowego. Był jednym z pierwszych wielkich technologicznych miliarderów, którzy zrozumieli, że ruch MAGA można potraktować nie jako chwilowy populistyczny bunt, lecz jako narzędzie przebudowy amerykańskiej polityki. Palantir znalazł się na oficjalnej liście firm finansujących budowę wartej około 300 milionów dolarów nowej sali balowej Donalda Trumpa przy Białym Domu, obok takich korporacji jak Amazon, Apple, Meta, Microsoft i Lockheed Martin. Z kolei David Sacks, dawny współpracownik Thiela z PayPala i kolejny członek słynnej „PayPal Mafii”, został przez Trumpa specjalnym doradcą ds. AI i kryptowalut oraz współprzewodniczącym President’s Council of Advisors on Science and Technology. W marcu 2026 roku do tej samej rady Trump powołał między innymi Larry’ego Ellisona, Marka Zuckerberga, Jensena Huanga, Safrę Catz i Marca Andreessena. Krąg ludzi, który ćwierć wieku temu budował firmy w Dolinie Krzemowej.
Jeszcze wyraźniej widać jego wpływ w historii J.D. Vance’a. Thiel wprowadził młodego autora Hillbilly Elegy do świata venture capital, pomagał finansować jego przedsięwzięcia, a gdy Vance wystartował do Senatu w Ohio, przeznaczył na jego kampanię około 15 milionów dolarów – rekordową wówczas sumę jak na wsparcie pojedynczego kandydata do Senatu. Vance wygrał, dwa lata później został kandydatem Trumpa na wiceprezydenta, a następnie wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych. „Guardian” pisze dziś wprost, że Thielowi przypisuje się kluczową rolę w wyniesieniu Vance’a na szczyty amerykańskiej polityki. Thiel pozostaje także jednym z finansowych patronów republikańskiej kampanii przed wyborami do Kongresu w 2026 roku.
Myślę, że wystarczy, choć moglibyśmy snuć tę opowieść dalej. Dla nas istotne jest to, że jeden z ludzi mających dzisiaj największy realny wpływ na technologię i politykę Stanów Zjednoczonych, interpretuje współczesność za pomocą Antychrysta, Armagedonu, katechonu i proroctw z Księgi Daniela, tworząc jednocześnie podstawy państwej inwigilacji obywateli i wspierając militarną potęgę Izraela. Apokalipsa, której scenariusz śledzimy w tej książce, jest więc dziś językiem nowoczesnej technologii, pieniądza i władzy.
Larry Ellison. Wyrocznia
Mało kto wie, że ktoś taki jak Larry Ellison w ogóle istnieje. A jednak ten przedziwny starzec z ponaciąganą twarzą był przez moment najbogatszym człowiekiem na Ziemi, ale ponieważ majątki miliarderów są w dużej mierze wyceną ich aktywów, spadł jakoś na ósme miejsce, kiedy Oracle straciło niemal połowę wartości po wielkim zakładzie na sztuczną inteligencję i OpenAI.
Warto to nazwisko znać, gdyż jest to człowiek, który w sposób bardzo aktywny wspierał i realizował pomysł globalnego nadzoru państwowego nad ludźmi poprzez skupienie wszystkich danych cyfrowych na jednej platformie.
W lutym 2025 roku podczas World Governments Summit w Dubaju powiedział to właściwie wprost. Państwa powinny jego zdaniem „zunifikować wszystkie narodowe dane”, umieścić je na jednej platformie dostępnej dla modeli sztucznej inteligencji, a następnie móc zadawać tym modelom dowolne pytania. Jako jeden z najlepszych przykładów wskazał brytyjską służbę zdrowia, NHS, której dane próbował przejąć. Z punktu widzenia Ellisona, problem polega na tym, że informacje te są rozproszone i trudno udostępnić je modelom AI. Należy więc połączyć je na jednej platformie. We wrześniu 2024 roku opowiadał inwestorom Oracle o przyszłości, w której sztuczna inteligencja nieustannie analizuje obraz z kamer miejskich, samochodowych, domowych i policyjnych. Kamery funkcjonariuszy miałyby właściwie nigdy nie przestawać nagrywać. Nad materiałem czuwałaby AI, wykrywając zachowania wymagające interwencji. A obywatele? „Będą się dobrze zachowywać”, ponieważ wszystko będzie bez przerwy rejestrowane i raportowane. Big Brother Oracle.
Ellison zbudował fortunę na przechowywaniu i organizowaniu informacji. Podobnie jak w przypadku Thiela i Palantiru, na samym początku pojawia się CIA. W latach siedemdziesiątych Ellison był programistą w firmie Ampex, która pracowała nad wielką bazą danych dla Agencji. Przy projekcie pracowali z nim Bob Miner i Ed Oates, późniejsi współtwórcy jego przedsiębiorstwa. CIA nadała przedsięwzięciu kryptonim Oracle. W 1977 roku Ellison założył firmę produkującą relacyjne bazy danych, która ostatecznie przyjęła właśnie tę nazwę.
Rzecz jasna Ellison od lat deklaruje głęboką emocjonalną więź z państwem Izrael i jego armią. W 2017 roku przekazał Friends of the Israel Defense Forces 16,6 miliona dolarów – największą pojedynczą darowiznę w historii organizacji w tamtym momencie. Pieniądze miały wesprzeć infrastrukturę dla izraelskich żołnierzy, którzy tak dzielnie wprowadzają izraelską politykę w praktyczne życie Palestyńczyków. Ellison tłumaczył, że po dwóch tysiącach lat Żydzi mają wreszcie swoje państwo, które im się należy, a wspieranie ludzi broniących tego państwa uważa za szczególny obowiązek. Dlatego zacieśnił przyjazne relacje z Benjaminem Netanjahu. Zaprosił go na wypoczynek z rodziną na Lanai, hawajskiej wyspie należącej niemal w całości do Ellisona, choć jednocześnie – wbrew swej woli – widniał na liście świadków oskarżenia w procesie korupcyjnym izraelskiego premiera.
Ellison od ponad dwóch dekad pozostaje w bliskich stosunkach z Tonym Blairem, który wysłał brytyjskie wojsko do Iraku. Fundacja Elliasona przekazała organizacji Tony Blair Institute for Global Change około ćwierć miliarda funtów. TBI wyrósł dzięki temu na potężną organizację doradzającą rządom w sprawach cyfryzacji, sztucznej inteligencji i reformy usług publicznych. W 2026 roku brytyjskie ministerstwo finansów oficjalnie włączyło instytut Blaira do prac nad wykorzystaniem AI w administracji. Oracle od dawna zarabia na kontraktach brytyjskiego państwa.
Politycznie Ellison od lat przesuwa się coraz wyraźniej na prawo. W ostatniej dekadzie stał się jednym z wielkich sponsorów republikańskiej polityki w USA. Finansował Marca Rubio, później przekazał 15 milionów dolarów na super-PAC wspierający senatora Tima Scotta, a w 2020 roku udostępnił swoją kalifornijską posiadłość na zbiórkę pieniędzy dla Donalda Trumpa, wywołując protest części pracowników Oracle. W 2024 roku, według „Wall Street Journal”, przekazał około 45 milionów dolarów organizacji wspierającej powrót Trumpa do Białego Domu. Dziś łączy ich już nie tylko polityczna sympatia, ale osobista relacja; dzień po inauguracji Trumpa Ellison stał obok niego w Białym Domu podczas ogłaszania projektu Stargate.
Władza rodziny Ellisonów przestała się przy tym ograniczać do technologii. W sierpniu 2025 roku po połączeniu Skydance z Paramount rodzina Larry’ego i jego syna Davida przejęła kontrolę nad Paramount – imperium obejmującym między innymi Paramount Pictures, CBS, MTV, Nickelodeon, Comedy Central i Paramount+. Jeśli przejęcie Warner Bros. Discovery przez Paramount Skydance zostanie sfinalizowane, rodzina Ellisonów uzyska kontrolę również nad polskim TVN i TVN24. David został prezesem koncernu, ale pieniądze ojca były jednym z fundamentów całej operacji, a dokumenty giełdowe określają rodzinę Ellisonów jako kontrolującego akcjonariusza spółki. Przejęcie miało przy tym wyraźny kontekst polityczny. Tuż przed zgodą regulatora Paramount zapłaciło 16 milionów dolarów, kończąc pozew Trumpa przeciw CBS dotyczący wywiadu z Kamalą Harris, a Skydance zobowiązało się wobec FCC między innymi do zmian w CBS i likwidacji programów DEI. To istotnie zmienia skalę postaci. Ellison nie kontroluje już tylko firmy przechowującej dane państw i korporacji, finansuje think tank doradzający rządom i buduje infrastrukturę dla sztucznej inteligencji. Jego rodzina uzyskała również kontrolę nad jednym z największych amerykańskich koncernów medialnych. Wyrocznia zdobyła własne kamery, studia filmowe i newsroomy.
W 2025 roku Oracle zaangażowało się w Stargate – zapowiedziany w Białym Domu projekt infrastruktury AI – i zawarło z OpenAI gigantyczne umowy na dostarczanie mocy obliczeniowej. Według doniesień kontrakt OpenAI z Oracle ma opiewać na około 300 miliardów dolarów w ciągu pięciu lat. To jedna z największych umów chmurowych w historii. Oracle zaczęło więc robić coś, czego znacznie bogatsi konkurenci – Microsoft, Google czy Amazon – nie muszą robić na taką skalę: finansować boom sztucznej inteligencji ogromnym długiem. Latem 2026 roku zadłużenie firmy sięgało około 129,5 miliarda dolarów, a zobowiązania do przyszłych leasingów centrów danych około 260 miliardów. Wolne przepływy pieniężne były ujemne, S&P obniżyło rating Oracle do BBB-, czyli zaledwie szczebel powyżej kategorii śmieciowej, a rynek zaczął coraz bardziej niepokoić się koncentracją biznesu wokół OpenAI. Akcje Oracle spadły niemal o połowę od czerwcowego szczytu, a wraz z nimi stopniał papierowy majątek Ellisona.
Sam Altman – OpenAI
Opowiem anegdotę, może ona wystarczy.
17 listopada 2023 roku Sam Altman siedział w hotelu w Las Vegas, dokąd przyjechał na wyścig Formuły 1, kiedy zadzwonił jego telefon. W słuchawce odezwał się przedstawiciel rady nadzorczej firmy, której był prezesem. Głos w słuchawce poinformował go, że Rada postanowiła odwołać go ze stanowiska w zarządzie najgłośniejszej firmy technologicznej świata wycenianej wówczas na 86 miliardów dolarów. Utracił zaufanie, gdyż „nie był do końca szczery”. Głos w telefonie informował go, że odcięto mu dostęp do firmowego maila, a komunikat o zwolnieniu wysłano już w świat… więc bye bye.
Sam Altman zbladł. Obraz przed oczyma mu się zamglił – przynajmniej tak sobie to wyobrażam – po czym trzęsącą się dlonią wybrał numer do swojego prawnika.
Filmowy moment, prawda? Sytuacja była o tyle ciekawa, że rozgrywała się według scenariusza przewidzianego przez założycieli firmy. OpenAI pomyślano w taki sposób, żeby dawało się odwołać zarząd, gdyby zaczął działać niezgodnie z pierwotną filozofią firmy – a tę stworzono jako organizację non-profit – choć może to brzmieć dziwacznie. Gdy OpenAI zaczynała w 2015 roku jej zadaniem nie było maksymalizowanie zysku, lecz stworzenie sztucznej inteligencji bezpiecznej dla ludzkości. Altman był przy tym i to były jego idealistyczne pomysły: żadna jednostka nie powinna posiadać takiej władzy, żeby nie dało się jej odwołać, a Rada organizacji musi mieć możliwość zwolnienia nawet jego, Sama Altmana, gdyby uznała, że wyścig technologiczny zaczyna zagrażać misji. Założyciele uznali, że nad kapitalistyczną maszynerią będzie wisiał wyłącznik bezpieczeństwa. No i w listopadzie 2023 roku ktoś po raz pierwszy spróbował go nacisnąć.
Powody były poważniejsze, niż początkowo wiedziała opinia publiczna. Z późniejszych zeznań i dokumentów wynika, że członkowie rady dostali materiały opisujące Altmana jako człowieka, który miał manipulować współpracownikami, podawać dyrektorom sprzeczne informacje i rozgrywać ludzi przeciwko sobie. Pojawiały się również zarzuty dotyczące procedur bezpieczeństwa przy GPT-4: rada miała otrzymywać informacje, że określone działania zostały zatwierdzone przez mechanizmy bezpieczeństwa, choć w części przypadków tak nie było. Ilya Sutskever, współzałożyciel OpenAI i jeden z ludzi najbardziej przejętych możliwością wymknięcia się superinteligencji spod kontroli, miał powiedzieć: „Nie sądzę, żeby Sam był człowiekiem, który powinien trzymać palec na przycisku”. Hmm… być może część pracowników firmy naprawdę wierzyła we własną opowieść o “tygrysie wypuszczanym z klatki”.
Ale przez osiem lat działania OpenAI Sam Altman przywykł do sukcesu i swojego miejsca w fotelu kierownika. Nie był już gotowy oddać władzy w imię jakichś założycielskich idei. Przekazał prawnikowi polecenie zorganizowania kryzysowego sztabu w jego własnym domu, po czym wsiadł w helikopter i wrócił z Las Vegas do swojej wartej ok. 27 mln dolarów rezydencji w San Francisco, z panoramicznym widokiem na zatokę. Wkrótce powstało tam coś, co w legendach określa się „sort of government-in-exile”, czyli czymś w rodzaju rządu na uchodźstwie. Byli tam jego najbliżsi sojusznicy, część kierownictwa OpenAI – ludzie koczowali na korytarzach, prawnicy rozstawili się w gabinecie obok sypialni. Otwarto gorące linie konferencyjne z pracownikami OpenAI, inwestorami, zarządem Microsoftu. Stosowano naciski, zachęty i szantaże. Microsoft zaoferował Altmanowi i jego ludziom miejsca pracy. Wkrótce ponad siedmiuset z około 770 pracowników OpenAI zagroziło odejściem z firmy, mając przy tym miliony dolarów udziałów w firmie. Po czterech dniach rada skapitulowała. Altman wrócił na stanowisko.
W ciągu następnych kilku dni większość ludzi, którzy próbowali go usunąć, została wyrzucona. Głowy poleciały, król wrócił na tron.
Ta historia mówi o Altmanie więcej niż jego deklaracje. OpenAI stworzyło prawdopodobnie najbardziej ambitny eksperyment samoregulacji w historii Doliny Krzemowej: organizacja non-profit miała kontrolować firmę wartą dziesiątki miliardów dolarów i w razie potrzeby poświęcić przedsiębiorstwo dla bezpieczeństwa ludzkości. Kiedy jednak mechanizm rzeczywiście zadziałał przeciwko prezesowi, wytrzymał około siedemdziesięciu dwóch godzin. Kapitał, pracownicy, Microsoft i osobista sieć Altmana okazały się silniejsze od formalnej konstrukcji mającej ograniczać jego władzę.
Sam Altman wychował się w reformowanej rodzinie żydowskiej i żartobliwie określał siebie jako „Midwestern Jew”: człowieka jednocześnie bardzo optymistycznego i przygotowanego na to, że wszystko może pójść potwornie źle. Jeszcze przed powstaniem ChatGPT gromadził broń, złoto, antybiotyki, maski przeciwgazowe i zapasy na wypadek katastrofy; w razie globalnego kataklizmu rozważał ucieczkę do posiadłości Petera Thiela w Nowej Zelandii. Politycznie Altman długo należał do liberalnego establishmentu. Finansował Demokratów: w 2020 roku przekazał 250 tysięcy dolarów super-PAC wspierającemu Joe Bidena. Po zwycięstwie Trumpa w 2024 roku błyskawicznie znalazł jednak nowy język porozumienia z władzą. Osobiście przekazał milion dolarów na fundusz inauguracji Trumpa i oznajmił: „President Trump will lead our country into the age of AI”.
Być może najtrafniejszy opis talentu Altmana powstał wiele lat wcześniej. Paul Graham, twórca Y Combinator, napisał o młodym Altmanie, że można by go zrzucić ze spadochronem na wyspę kanibali, wrócić po pięciu latach i zastać go tam jako króla.
Altman zasłynął wypowiedzią o następującej treści: „Ludzie mówią o tym, ile energii potrzeba, żeby wytrenować model AI. Ale wytrenowanie człowieka też wymaga mnóstwa energii. Potrzeba mniej więcej dwudziestu lat życia i całego jedzenia, które przez ten czas zjadasz, zanim staniesz się inteligentny.” Widać z tego, że szef OpenAI przestał rozumieć, czym jest ekonomia – że nie jest to system dostarczający środków do funkcjonowania tym, którzy najwięcej zapłacą, a system wspierania ludzkiej egzystencji na planecie Ziemia.
Elon Musk
Elon Musk przeszedł najdłuższą drogę. Przez lata uchodził za technologicznego futurystę, głosował na Demokratów, budował samochody elektryczne i opowiadał o kolonizacji Marsa. Z czasem jego język coraz silniej połączył technologię z wojną kulturową, demografią, lękiem przed upadkiem Zachodu i prawicową polityką. Religijnie pozostaje niejednoznaczny: mówi, że nie jest szczególnie wierzący, ale w 2024 roku określił siebie jako „cultural Christian” i „big believer in the principles of Christianity”, uznając nauki Jezusa za dobre dla zachodniej cywilizacji i przyszłości ludzkości.
W polityce nie ograniczył się jednak do deklaracji. W 2024 roku otwarcie poparł Donalda Trumpa i stworzył America PAC, który organizował mobilizację wyborców w kluczowych stanach. Według danych Federal Election Commission Musk przeznaczył w całym cyklu wyborczym co najmniej około 277 milionów dolarów na Trumpa i innych Republikanów, stając się największym indywidualnym donatorem wyborów 2024 roku. Jego zaangażowanie nie skończyło się wraz z wyborami: latem 2026 roku America PAC przygotowywał kampanię wartą ponad 100 milionów dolarów, mającą zwiększyć frekwencję republikańskich wyborców w wyborach do Kongresu. Musk zaczął również bezpośrednio ingerować w politykę europejską. Przed wyborami w Niemczech w 2025 roku promował skrajnie prawicową AfD, rozmawiał publicznie z jej liderką Alice Weidel i oznajmiał, że partia jest „jedyną nadzieją” Niemiec.
Spośród tej czwórki to właśnie u Muska i Thiela najłatwiej więc wskazać nie tylko konserwatywny zwrot, lecz realne związki z radykalną prawicą i ruchami podważającymi liberalny konsensus demokratyczny. Altman i Zuckerberg są innym przypadkiem: nie ideologami nowej prawicy, lecz ludźmi posiadającymi tak wielką technologiczną i ekonomiczną władzę, że potrafią negocjować z każdą administracją. Razem tworzą jednak nową kategorię aktorów politycznych: prywatnych właścicieli infrastruktury przyszłości, którzy nie tylko przewidują, jaki będzie świat po rewolucji AI, ale mają pieniądze, media, technologie i bezpośredni dostęp do państwa, żeby próbować ten świat urządzić.
Prawda o AI
Muszę powiedzieć, że od początku “rewolucji AI” pozostaję osobą delikatnie sceptyczną. To znaczy jestem zachwycony wieloma możliwościami, jakie AI mi daje, szczególnie w zakresie produkcji piosenek, ale jestem sceptyczny co do słowa “inteligencja”. Od kilku lat śledzę kariery kilku moich znajomych oparte na “szkoleniach z zakresu tej nowej potężnej technologii”, widzę, że zakładają całe instytuty poświęcone sztucznej inteligencji, ale sam trzymam się z boku. W sumie nie potrafię powiedzieć, na czym opierała się ta moja intuicja, ale dziś – po całej tej opowieści o maszynach odbierających nam pracę, przejmujących władzę nad światem i eksterminujących ludzkość – mogę przedstawić dwie takie wątpliwości, które ujmę jako “prawdę o AI.
1. Prawda o modelu biznesowym
Model biznesowy sztucznej inteligencji ma pewną wadę, która w całym tym apokaliptycznym zamieszaniu jest wręcz komiczna: być może nie potrafi zarobić na własny rachnek za prąd.
Problem kryje się w koszcie zapytania – czyli w koszcie jaki generuje jedno pytanie wprowadzone w okienko chataGPT. Każdy przeciętnie inteligentny człowiek potrafi się domyślić, że skoro proszę maszynę o wykonanie pewnego zadania, musi za tym stać jakaś procedura wymagająca obsługi: od sprzętu i mocy obliczeniowej, po oprogramowanie i wartość intelektualną ludzi, którzy je stworzyli. Nie inaczej jest w przypadku zapytania wpisanego do Chata. Każde takie zapytanie wymaga olbrzymiej siły obliczeniowej, którą ktoś musi dostarczyć – i tu leży pies pogrzebany. Sztuczna inteligencja działa w taki sposób, że każde zapytanie rozbijane jest na tak zwane tokeny, czyli jakieś podstawowe jednostki obliczeniowe, które maszyna obrabia i zwraca także w postaci tokenów, jako odpowiedź. No i można policzyć koszt takiego pojedynczego tokenu w konkretnym systemie konkretnej usługi. No i teraz: nigdy nie wiadomo, jak wiele tokenów wygeneruje poszczególne zapytania, czyli nie wiadomo, jaki będzie koszt obsługi pojedynczego zapytania. Użytkownik może poprosić o sprawdzenie ortografii w jakimś prostym zdaniu, a może wrzucić dwie specjalistyczne książki, polecić ich porównanie, odnalezienie sprzeczności, zestawienie argumentów i napisanie syntezy. Następnie może zażądać kolejnej wersji, potem kontrargumentów, potem sprawdzenia każdego rozdziału osobno. Z punktu widzenia operatora systemu są to zupełnie różne operacje, wykorzystujące różną ilość obliczeń, czyli generujące różny koszt. Cena abonamentu konsumenckiego pozostaje jednak taka sama, a koszt zapytania pozostaje przed użytkownikiem ukryty.
Tutaj znajduje się problem: najważniejszy produkt współczesnej Doliny Krzemowej nie ma jeszcze sprawdzonej ekonomiki klasycznego oprogramowania. Jego ogromna atrakcyjność wynika częściowo z tego, że użytkownik nie płaci pełnego kosztu tego, co robi.
Zastanówmy się nad tym… Jeszcze dziesięć czy dwadzieścia lat temu dostęp do wielkich mocy obliczeniowych reglamentowano. Istniały superkomputery, ale pracowały dla uniwersytetów, wojska, przemysłu i ośrodków meteorologicznych obliczających prognozy pogody. Pomysł przedstawiony przez firmy AI polega na tym, by nieograniczoną moc obliczeniową dostarczyć każdemu… To jest po prostu nierealne.
Klasyczne oprogramowanie było biznesem złotym jajem, ponieważ kosztowało dużo podczas tworzenia, ale prawie nic podczas kopiowania. Microsoft wydawał miliony na stworzenie Excela, a potem mógł sprzedać sto milionów kopii nie wytwarzając już nowego kosztu. Wyprodukowanie sto milionowej pierwszej kopii nie wymagało zatrudnienia kolejnych programistów ani postawienia nowej fabryki. Koszt krańcowy zbliżał się do zera. AI działa odwrotnie. Za każdym razem, kiedy użytkownik zadaje pytanie, trzeba uruchomić procesory, pamięć i całą infrastrukturę centrum danych. Każda odpowiedź ponownie kosztuje energię i moc obliczeniową. Widziałem takie porównanie: AI jest jak restauracja: przy każdym kolejnym zapytaniu trzeba jeszcze raz kupić składniki i przygotować posiłek.
I to ma odbicie w wynikach finansowych firm z branży AI. Według ujawnionych w 2026 roku sprawozdań finansowych OpenAI osiągnęło w 2025 roku około 13 miliardów dolarów przychodów, ale zanotowało 20,9 miliarda dolarów straty operacyjnej. Dwadzieścia miliardów dolarów straty! To jest kwota niewyobrażalna! Co prawda przychody rosły w fenomenalnym tempie, tylko że razem z nimi jeszcze szybciej rosły koszty. Mówiłem już o tym: do 2029 roku OpenAI może przepalić 115 miliardów dolarów gotówki.
A to jest tylko OpenAI. Oracle zadłuża się i podpisuje zobowiązania na setki miliardów dolarów, żeby budować centra danych dla przyszłego popytu na AI. Microsoft, Meta, Alphabet, Amazon i Oracle zobowiązały się już łącznie do ponad biliona dolarów przyszłych płatności leasingowych, przede wszystkim związanych z centrami danych. Powstaje więc konstrukcja zadziwiająco podobna do klasycznej bańki inwestycyjnej. Wyceny rosną, ponieważ wszyscy zakładają, że AI stworzy gigantyczny rynek. Ale im większy będzie ten rynek, tym większe będą koszty i na razie nie widać dobrego pomysłu, jak zniwelować różnicę. Jednocześnie pojawia się konkurencja z Chin, które budują własne modele AI, tyle że dużo taniej. Robiono testy porównawcze: identyczne zapytanie generowało w amerykańskim modelu 2,33 dolara, a w chińskim 31 centów. To jest 7 razy taniej!
Powiem tak: śpieszmuy się kochać ChataGPT, bo za rok może go nie być.
2. Prawda o inteligencji
Wbrew temu, co mówi Sam Altman, ostrzegając nas przed końcem świata z przyczyny AI, w swojej istocie jest to po prostu gigantyczny kalkulator statystyczny.
Posłuchaj, jak to działa. Otóż ChatGPT korzysta z systemu nazwanego LLM, Large Language Model, czyli Wielkiego Modelu Językowego. Cóż to jest? Otóż z pewnością nie jest to jakaś “ukryta świadomość”, która obudziła się nagle w zwoju kabli. Jest to po prostu sieć komputerów, które są w stanie wykonać zyliard obliczeń na sekundę, dokładnie tak jak zwyczajny kalkulator, tylko szybciej. Spryt systemu polega jednak na tym, że oprogramowanie najpierw się “uczy” czyli oblicza najpierw zależności statystyczne pomiędzy słowami w całym zasobie zgromadzonego przez ludzi języka i wie, w jakim kontekście zazwyczaj występują używane przez nas słowa. W tym sensie po słowie “matka” najczęściej wystąpi słowo “jest”, mniej często słowo “kocha”, a rzadziej słowo “morduje”. System rozpoznaje cały ludzki język na podstawie tych milionów zeskanowanych książek, artykułów i wypowiedzi realnych ludzi, po czym czeka na twoje pytanie. Kiedy wpiszesz swoje zapytanie, zmienia je na sekwencję tokenów i osadza je w stworzonej wcześniej matrycy statystycznej. Udzielając odpowiedzi oblicza rozkład prawdopodobieństwa kolejnych tokenów – dlatego odpowiedź pojawia się jako sekwencja dopisujących się sylab, a nie od razu cały tekst. Ponieważ system został wytrenowany na niewyobrażalnie wielkiej ilości tokenów z ludzkiego języka i ma miliardy parametrów opisujących zależności pomiędzy jego elementami, potrafi tworzyć wypowiedzi, które wyglądają tak, jakby ktoś po drugiej stronie coś rozumiał. Ale GPU (czyli procesory graficzne) umieszczone w szumiących szafach w pudełkach po butach ustawionych na tyłach domu Donny Gallant nie mają pojęcia o co pytasz. Nie rozumieją ani tekstu, ani sensu, ani kontekstu pytania. Dla nich to tylko ciągi liczb.
Gary Marcus, profesor psychologii i neuronauki oraz wieloletni badacz AI, ujmuje to prościej: modele tworzą bardzo zaawansowane przybliżenie sposobu, w jaki ludzie używają słów. Zwiększając ilość danych, możemy uczynić to przybliżenie zdumiewająco dobrym, ale nie wynika z tego automatycznie powstanie ogólnej inteligencji. Bardzo często jest to zaskakująco dobre, ale zdaża się nie ma z rzeczywistością nic wspólnego, gdyż maszyny za domem Donny nie mają zielonego pojęcia o jakiejkolwiek rzeczywistości. Po prostu dobierają kolejny token. Może się więc zdarzyć, że napiszą jakąś bzdurę – co nazywa się halucynacją AI. Czyli kolejnym antropomorficznym słowem.
Gary Marcus przypomina, że ludzie mają skłonność do przypisywania inteligencji systemowi po zobaczeniu niewielkiej próbki jego efektownego działania. Nazywa to odmianą dawnego efektu ELIZA: już w latach sześćdziesiątych prosty program udający psychoterapeutę sprawiał, że część użytkowników zaczynała traktować go jak istotę, która ich rozumie. Dzisiejsza iluzja jest tysiące razy potężniejsza, ponieważ maszyna mówi prawie jak człowiek.
Nie znaczy to, że LLM jest zabawką. Kalkulator też nie jest zabawką. Samochód nie musi rozumieć fizyki spalania, żeby przewieźć mnie do Krakowa, a program nie musi posiadać świadomości, żeby wykonać dla mnie pracę, na którą wcześniej potrzebowałbym trzech dni. Współczesne systemy dodatkowo obudowuje się wyszukiwarkami, interpreterami Pythona, pamięcią, narzędziami matematycznymi, systemami sprawdzającymi wyniki i innymi elementami klasycznej informatyki. Marcus zwraca uwagę, że właśnie dzięki takiemu „rusztowaniu” systemy stają się coraz skuteczniejsze; według niego jest to zarazem dowód, że samo zwiększanie LLM-u nie wystarcza.
Ale pomysł, że kalkulator – nawet tak gigantyczny – zechce nas wymordować, jest jednak całkowicie niedorzeczny.
Prywatne miasta. Wypisać się z państwa
W 1967 roku włoski inżynier Giorgio Rosa zbudował na Adriatyku, około 11 kilometrów od Rimini, betonowo-stalową platformę o powierzchni około 400 m². Stała na dziewięciu pylonach i znajdowała się mniej więcej pół kilometra poza ówczesną granicą włoskich wód terytorialnych. Rosa urządził tam bar, restaurację i miejsce spotkań, a w 1968 roku ogłosił powstanie niezależnej Repubblica dell’Isola delle Rose – Republiki Wyspy Róż. Państewko miało własną flagę, znaczki pocztowe, urzędowy język esperanto i ambicję funkcjonowania poza jurysdykcją Włoch.
Jeśli nie znasz tej cudownie inspirującej historii, to polecam film: „L’incredibile storia dell’Isola delle Rose” / „Rose Island”, z 2020 roku w reżyserii Sydneya Sibilii. Cudowna opowieść o artyście, bohemie, anarchizmie, który siedzi w każdym z nas, a który można próbować realizować nawet w ramach oszczędności z pracy w urzędzie.
Włoski rząd nie podzielał mojego entuzjazmu dla projektu Giorgio Rosy, widząc w tym przede wszystkim próbę stworzenia raju podatkowego i biznesu turystycznego poza kontrolą państwa. Latem 1968 roku na platformę wkroczyli karabinierzy i Guardia di Finanza, przejmując nad nią kontrolę. Ostatecznie w lutym 1969 roku włoska marynarka wysadziła konstrukcję materiałami wybuchowymi, a resztki marzeń Rosy dobił później sztorm. Rosa wrócił do pracy w urzędzie. Dożył 92 lat. Zmarł 2 marca 2017 roku w Bolonii. Do końca życia pozostał związany z historią swojego niedoszłego państwa, która z czasem obrosła książkami, dokumentami i legendą.
Ale nagle, w 2008 roku, jego pomysł przejęło dwóch amerykanów: Patri Friedman, wnuk Miltona Friedmana, ekonomisty, którego idee towarzyszyły wielkiej neoliberalnej przebudowie świata, oraz Wayn Gramlich, jeden z pionierów koncepcji seasteadingu. Założyli Seasteading Institute. Zaraz wszystko stanie się jasne. Pierwszy czek na pół miliona dolarów, zasilający Seasteading Institute, wypisała fundacja Petera Thiela, którego opisaliśmy powyżej. Pomysł wyglądał na żywcem wzięty od Rosy: skoro każdy kawałek lądu znajduje się już pod władzą jakiegoś państwa, należy przenieść się na ocean, jeśli ktoś chce żyć jako wolny człowiek. Dla Friedmana, Gramlicha i Thiela wolność jest jednak czymś innym niż wyrwanie się poza system ekonomicznego i państwowego przymusu. Im chodzi o wolność ekonomii wyrwanej poza system relacji społecznych zwanych wzajemnością. Człowiek wolny to dla nich przede wszystkim ktoś, kto nie musi płacić podatków od swoich ciężko zarobionych pieniędzy i wysłuchiwać całego tego ględzenia o solidarności społecznej. Na pływających platformach chcieli budować autonomiczne osady, które projektowałyby własne, skrajnie liberalne ekonomicznie systemy prawne, gospodarcze i polityczne.
Instytut przedstawiał projekt jako próbę stworzenia czegoś w rodzaju „Government 2.0”: zamiast jednego systemu politycznego mielibyśmy konkurujące ze sobą modele rządzenia, pomiędzy którymi ludzie mogliby wybierać tak, jak wybierają bank, operatora telefonicznego albo aplikację. Brzmi jak wybór, ale to dość radykalne odejście od demokracji: w demokracji, jeśli nie podoba mi się rząd, mogę próbować go zmienić: protestować, głosować, organizować partię itd. W świecie Friedmana i Thiela mogę zrezygnować z bycia obywatelem i wybrać bycie konsumentem tej konkretnej usługi miejskiej. Thiel finansował Seasteading Institute przez kilka lat, ale w końcu sam przyznał, że budowanie miast na oceanie jest technicznie znacznie trudniejsze, niż początkowo sądził. Idea jednak nie zniknęła. Zamiast wynosić państwo na platformę pośrodku Pacyfiku, można znaleźć istniejące państwo na tyle biedne albo spragnione inwestycji, że zgodzi się wydzielić fragment własnego terytorium i pozwoli tam urządzić eksperyment.
Tak dochodzimy do Hondurasu. Na karaibskiej wyspie Roatán powstała Prospera. Formalnie nie jest niepodległym państwem, lecz szczególną strefą utworzoną w ramach honduraskiego systemu ZEDE – Zones for Employment and Economic Development. W praktyce otrzymała jednak niezwykle daleko idącą autonomię: własne zasady podatkowe i regulacyjne, własne mechanizmy rozstrzygania sporów, prywatną ochronę i system elektronicznego zarządzania. Dziennikarka „New York Timesa”, Rachel Corbett, opisuje, że kiedy chciała wejść na teren Prospery, powiedziano jej na bramie, że musi podpisać tzw. Agreement of Coexistence. Była to umowa, która odsyłała do całego zbioru lokalnych przepisów Prospery – w sumie liczących 4202 strony. Czyli coś jakby prywatna umowa społeczna. To trochę tak, jakby przed wjazdem do Gdańska trzeba było kliknąć w aplikacji zgodę na regulamin, w którym określony byłby kodeks cywilny, prawo budowlane, podatki i kompetencje sądu. Prospera tłumaczy, że Agreement of Coexistence tworzy status rezydenta, zobowiązuje do przestrzegania jej reguł i określa sposób rozstrzygania sporów. Miasto utworzyło Próspera Arbitration Center, czyli prywatne centrum arbitrażowe obsługiwane przez trzech emerytowanych sędziów z Arizony. Autentyk! Oczywiście miasto nie było całkowicie wyjęte spod prawa Hondurasu, a honduraska konstytucja, traktaty międzynarodowe i prawo karne nadal miały tam obowiązywać, ale strefa otrzymała bardzo szeroką autonomię w takich dziedzinach jak prawo cywilne i handlowe, regulacje gospodarcze, podatki czy prawo pracy. Czyli coś jak Kościół katolicki w Polsce. Prospera reklamuje się prostotą, niskimi podatkami i możliwością wyboru regulacji odpowiadających charakterowi biznesu. Można założyć tam firmę przez internet, zostać elektronicznym rezydentem i funkcjonować w jurysdykcji, której jednym z głównych produktów jest właśnie mniejsza ilość państwa. Szczególnie dobrze czują się tam kryptowaluty, biotech i eksperymentalna medycyna – można sobie tam pod skórę wszczepić czip, którym się płaci w sklepach, albo poddać się terapii, która w USA byłaby nielegalne. Prospera chwali się dziś na swojej stronie, że jej system regulacyjny umożliwił Bryanowi Johnsonowi skorzystanie z eksperymentalnej terapii genowej niedostępnej w zwyczajnym amerykańskim systemie regulacyjnym. Brian to założyciel Braintree, który później stworzył projekt Blueprint: bardzo kosztowny program pomiarów, diety, suplementacji, leków i eksperymentalnych terapii mających spowalniać biologiczne starzenie. Stał się znany z hasła „Don’t Die”. Podoba mi się to hasło reklamowe! Do Johnsona wrócimy przy transhumanizmie.
Kapitał płynący do Prospery pochodzi z dokładnie tego środowiska, które już poznaliśmy. Firma tworząca miasto zebrała dziesiątki, a potem setki milionów dolarów. Wśród funduszy zaangażowanych w projekt znalazły się pieniądze powiązane z Peterem Thielem, Samem Altmanem i Markiem Andreessenem. Patri Friedman założył później Pronomos Capital – fundusz inwestujący właśnie w nowe miasta i eksperymentalne jurysdykcje – również wspierany przez Thiela.
Mam wrażenie, że docieramy pod szalupę, która ma odpłynąć do nowego świata z bogolami na pokładzie. To już nie jest droga willa otoczona murem z tui, jak u Pudziana, to nowa jakość bogactwa: ludzie dysponujący dziesiątkami miliardów próbują wyjąć sie spod prawa. Mieszkańcy Prospery powiedzieliby zapewne, że nikt niczego nie „kupuje”, tylko dobrowolnie tworzy lepszy system instytucjonalny, przyciągający inwestycje do biednego kraju. I trzeba uczciwie powiedzieć, że właśnie tak widzą swoje przedsięwzięcie jego zwolennicy: państwa są ich zdaniem skostniałymi monopolami, a konkurencja pomiędzy różnymi systemami rządzenia może działać tak samo jak konkurencja pomiędzy przedsiębiorstwami. Jeśli jedna jurysdykcja jest zła, człowiek przenosi się do innej.
Oczywiście oferta ta nie dotyczy biedaków. I nie mówię tu o ludziech, którzy zbierają po dwa złote za to, że wskazują wolne miejsce parkingowe, tylko o takich biedakach jak Ty i ja.
Idea państwa, jaką znamy po drugiej Wojnie Światowej – dzięki dorobkowi myśli socjalistycznej, odpowiedzialności i solidarności społecznej – obejmuje obowiązkiem wszystkich obywateli, zarówno tych, którym się udało, jak i tych, którym nie poszło, lub którzy wybrali alternatywny styl życia. Uznajemy bowiem, że państwo jest pewnym wspólnym wózkiem, na którym jedziemy wszyscy i każdy wnosi jakąś wartość. Nikt o zdrowych zmysłach, może poza młodymi wyborcami Konfederacji, czy tego typu partyjek, nie marzy o utylizacji pijaczków, czy pozbywaniu się żebraków przez eksport na pustynię. Nawet jeśli kwękamy, płacimy solidarnie na ZUS w przekonaniu, że każdy z nas wnosi jakąś wartość do wspólnej przestrzeni, nawet jeśli jest to tylko pewien koloryt pod lokalnym sklepem. Ja zresztą uważam, że istnienie tak zwanych “niebieskich ptaków”, czyli ludzi, którzy się uchylają od pracy i generalnie nie uczestniczą w systemie, jest nam wszystkim potrzebne jako prezentacja alternatywnego modelu życia na marginesie rzeczywistości po to, byśmy wiedzieli, że jeśli się nam powinie noga, ktoś tam będzie na nas czekał, albo po prostu, że będziemy mieli do kogo dołączyć, jak nam się znudzą prezentacje w power point. Dlatego utrzymujemy wspólne państwo, które obejmuje również ludzi bez pieniędzy, toleruje pewną patolę i nie tworzy przymusowych hufców pracy dla leserów, którym nie goli głów na pałę i nie każe sprzątać ulic. Moim zdaniem, choć być może wynika to z balansowania na granicy anarchii, wartością jest taki system społeczny, który jest mozolną próbą uzgodnienia, jak mają żyć razem ludzie biedni i bogaci, zdrowi i chorzy, przedsiębiorczy i całkowicie nieprzedsiębiorczy, młodzi i starzy, geniusze i idioci. Choć oczywiście przy okazji wszyscy oni działają mi na nerwy, gdyż to ja jestem najmądrzejszy. Idea prywatnego miasta jest jednak czymś innym: to program eugeniczny, w którym eutanazji poddaje się wszystkie problemy społeczne i tworzy się idealne warunki tylko dla wybranych. To taki świat dla korporacyjnych czyścioszków, którzy nie chcą w drodze z penthausu do samochodu opędzać się od drobnych pijaczków. Czyli świat psychopatów, którzy uwierzyli w swoją wyjątkowość.
W tym świecie doskonale sprawdziłaby się strategia Altmana, że koszt wyszkolenia sztucznej inteligencji można porównać z kosztem wyszkolenia człowieka.
Ale Honduranie w końcu się postawili. Po dojściu do władzy Xiomary Castro rozpoczęto likwidowanie systemu ZEDE. We wrześniu 2024 roku honduraski Sąd Najwyższy uznał podstawy prawne specjalnych stref za niezgodne z konstytucją. Castro świętowała decyzję jako obronę kraju przed „sprzedawaniem terytorium kawałek po kawałku” i prywatyzacją suwerenności. Moim zdaniem słusznie, ale ja nie mam tryliona dolarów. Ci co mają, postanowili zaprotestować, uznając, że nie będzie im podskakiwał jakiś rząd państwa w lesie. Prospera oświadczyła, że jej prawa zostały zagwarantowane na dziesięciolecia i że państwo nie może po zmianie władzy po prostu odebrać inwestorom wcześniejszych gwarancji. Peter Thiel obudził swoich prawników, a ci pozwali Honduras przed międzynarodowy arbitraż inwestycyjny, domagając się około 10,8 miliarda dolarów odszkodowania za działania państwa zagrażające inwestycji. Sprawa pozostaje w toku. Ciekawe, co się okaże, choć jeśli znamy życie, Honduras będzie musiał się ugiąć. Z punktu widzenia naszej opowieści interesujący jest sam rozmiar konfliktu: prywatny projekt miejski, wspierany przez globalny kapitał, może postawić niewielkie państwo przed międzynarodowym trybunałem i przedstawić mu rachunek liczony w miliardach dolarów za próbę odzyskania pełnej kontroli nad własnym terytorium.
Ale Prospera nie jest jedynym pomysłem w zakresie prywatnych miast, są pomysły dużo bardziej wyrafinowane – w końcu mówimy o ludziach, którzy są naprawdę inteligentni i mają potężne zaplecze intelektualne w Dolinie Krzemowej. Problemem Prospery, jak i każdego miasta jest hardwearowa lokalizacja, czyli konieczność istnienia w jakiej konkrennej przestrzeni. Więc koledzy z Doliny Krzemowej wymyślili, że może takie miasto można zbudować mniej konkretnie, w oparciu o model grupy na Facebooku. Powstała więc cała ideologia startup cities, charter cities i network states. Najbardziej systematycznie opisał ją Balaji Srinivasan, były dyrektor technologiczny Coinbase i człowiek związany z Pronomos Capital. W książce The Network State z 2022 roku proponuje rozpocząć budowę państwa nie od zdobywania ziemi, lecz od internetu. Najpierw tworzymy społeczność ludzi podzielających określone wartości. Potem organizujemy wspólną gospodarkę, instytucje i kulturę. Następnie członkowie kupują nieruchomości w różnych miejscach świata, tworząc coś w rodzaju rozproszonego archipelagu. Dopiero na końcu taki „naród sieciowy” może próbować zdobyć polityczne uznanie innych państw. Srinivasan sam porównywał ten mechanizm do syjonizmu: najpierw powstaje idea i wspólnota, później następuje skupienie ludzi w przestrzeni fizycznej. Nazywał to nawet technologicznym odpowiednikiem syjonizmu – cyfrowa diaspora ma się zebrać i zmaterializować jako nowe społeczeństwo. To projekt produkcji państwa metodą startupową.
W 2026 roku Srinivasan próbował praktycznie testować część tej idei poprzez Network School w gigantycznym, częściowo pustym projekcie Forest City w Malezji. Uczestnicy mieli razem mieszkać, pracować, inwestować, ćwiczyć i tworzyć zalążek ideologicznie spójnej społeczności. Malezyjskie państwo szybko przypomniało jednak, że nadal istnieje: po sporach dotyczących licencji projekt został zamknięty, a Srinivasan niemal natychmiast zapowiedział przeniesienie eksperymentu do Kazachstanu.
Ale na tym dowcip się kończy. Trzeba bowiem nazwać te projekty po imieniu: to ultraprawicowe utopie społeczno-polityczne, oparte na idei segregacji, wypływające z tradycji białej supremacji, czyli skrajnego amerykańskiego rasizmu.
Pomysł prywatnych miast nigdy nie był niewinną fantazją korporacyjnych idiotów, którzy chcieliby przeżyć życie w zaprojektowanym przez Google wnętrzu biurowym. Od początku interesuje się tym Donald Trump, być może widząc w tym doskonałą okazję pod projekty deweloperskie. Podczas kampanii w 2023 roku zaproponował wydzielenie części federalnych gruntów i stworzenie na nich nawet dziesięciu nowych Freedom Cities. Ich kształt miał zostać wybierany w konkursie spośród prywatnych projektów. „We’ll actually build new cities in our country again” – zapowiadał, dodając, że miasta te mają „reopen the frontier”. A więc pojawił się język ze Star Treka. W jego wizji miały się stać ośrodkami przemysłu, nowych technologii, taniego budownictwa, a nawet latających samochodów. Szczególnie te latające samochody działają na wyobraźnię… rozumiemy oczywiście, że te futurystyczne wizje rodem z Jetsonów mają zamazać eugeniczny charakter projektu. Słowo „frontier”, czyli granica, jest mocno i bardzo emocjonalnie osadzone w amerykańskiej wyobraźni tworzącej się podczas podboju Dzikiego Zachodu: wolność ma powstać tam, gdzie można znaleźć nową przestrzeń, wytyczyć granice i zacząć od początku bez jakiegoś “rządu” siedzącego na karku.
Na przeszkodzie w natychmiastowej realizacji projektu stanęła Trumpowi amerykańska konstytucja. Trump jako prezydent nie może po prostu wziąć kawałka Nevady, Utah czy Kalifornii, narysować wokół niego kreski i ogłosić, że od jutra powstaje tam prywatne państewko wolne od podatków, FDA, EPA, prawa pracy i innych przykrości. Artykuł IV konstytucji daje władzę nad ziemiami federalnymi przede wszystkim Kongresowi, a Sąd Najwyższy wielokrotnie podkreślał, że jest to kompetencja Kongresu, nie prywatnego dewelopera ani samego prezydenta. Z kolei ziemia federalna znajdująca się wewnątrz istniejącego stanu nie przestaje automatycznie być częścią jego systemu prawnego. Nawet szczególne federalne enklawy, takie jak bazy wojskowe, nie są niepodległymi państwami: pozostają częścią Stanów Zjednoczonych, obowiązuje w nich konstytucja i prawo federalne. Utworzenie nowego stanu wewnątrz istniejącego wymaga natomiast zgody jego władz oraz Kongresu. Dlatego zwolennicy Freedom Cities zaczęli szukać skomplikowanych konstrukcji prawnych: ustaw Kongresu, federalnych enklaw, porozumień między stanami i specjalnych stref regulacyjnych. W 2025 roku przedstawiciele Prospery i Freedom Cities Coalition przyznawali już otwarcie, że rozmawiają z administracją Trumpa o ustawach pozwalających tworzyć miasta zwolnione z części regulacji FDA, EPA czy Nuclear Regulatory Commission. Innymi słowy, nie chodzi już tylko o wybudowanie osiedla. Trzeba najpierw wywiercić dziurę w państwie, przez którą takie osiedle będzie można wysunąć częściowo poza zwyczajne prawo.
Po powrocie Trumpa do Białego Domu z realizacją dziesięciu Freedom Cities długo niewiele się działo, ale pomysł zaczął krążyć w jego politycznym otoczeniu. Projekt Praxis, którego twórca Dryden Brown chce zbudować miasto mające „odnowić zachodnią cywilizację”, zaczął szukać dla siebie miejsca na federalnych terenach należących do bazy Space Force Vandenberg w Kalifornii. Wokól projektu powstaje cały nowy język ideologiczny, wskazujący na to, że nie chodzi tu tylko o miejsce do mieszkania, ale o nową utopię polityczną. Brown nazywa swoją wizję „high-testosterone futuristic vision”, przeciwstawiając jej męską i szowinistyczną naturę miękkiej (czytaj: zgejowanej) wspólnotowej kulturze Kalifornii. Zwycięstwo Trumpa było dla niego sygnałem zmiany politycznego klimatu wokół jego projektu. Wśród potencjalnych mieszkańców Praxis są ludzie związani z Palantirem, Andurilem, DOGE i Andreessen Horowitz, czyli a16z – jeden z najpotężniejszych funduszy venture capital Doliny Krzemowej, założony przez Marca Andreessena i Bena Horowitza. Marc Andreessen jest dziś jednym z głównych ideologów technologicznej prawicy.
Free Grenlandia
A myśmy się zastanawiali, po co Trumpowi Grenlandia! To nagłe żądanie Trumpa, żeby Stany Zjednoczone przejęły zieloną wyspę, wyglądało jak jeden z najbardziej idiotycznych pomysłów współczesnej polityki. Duńczycy przecierali oczy. Oficjalnie Trump uzasadniał to bezpieczeństwem strategicznym, Arktyką, Rosją i Chinami. Ale jak się spojrzało na mapę żeglugową, to chiński statek ostatnio przepłynął obok Grenlandii w osiemnastym wieku. W styczniu 2026 roku J.D. Vance mówił, że USA potrzebują Grenlandii „for security purposes”. Wybudziło to ze snu grenlandzką premier rządu, która po raz pierwszy zobaczyła dziennikarzy i musiała dzielnie oświadczać, że obywatele Grenlandii nie dadzą się przekupić. Wtórowały jej owce i barany zebrane licznie na tę okoliczność. Zdaje się jednak, że Amerykanom nie chodziło o kwestie bezpieczeństwa – jest ciekawsza i chyba lepsza hipoteza: przejęcie gigantycznego, słabo zaludnionego terytorium zaraz obok Ameryki otwierałoby zupełnie nowe możliwości ludziom, którzy od kilkunastu lat szukają miejsca na budowę autonomicznych stref poza zwyczajnym systemem politycznym. Grenlandia wygląda po prostu idealnie jako przestrzeń pod neoliberalne eksperymenty amerykańskich neofaszystów.
I są poszlaki, które potwierdzają tę hipotezę. Reuters ujawnił w kwietniu 2025 roku, że inwestorzy i przedsiębiorcy związani z ruchem prywatnych miast prowadzili z ludźmi z otoczenia administracji Trumpa rozmowy o wykorzystaniu Grenlandii do stworzenia tam Freedom City – nisko regulowanej strefy dla AI, pojazdów autonomicznych, energetyki jądrowej i przemysłu kosmicznego. Pomysł miał traktować poważnie Ken Howery, wybrany przez Trumpa na ambasadora w Danii, dawny współzałożyciel funduszu venture capital z Peterem Thielem i przyjaciel Elona Muska. Shervin Pishevar mówił o przejęciu Grenlandii jako początku „nowego Manifest Destiny”, odwołując się wprost do dziewiętnastowiecznej ideologii amerykańskiej ekspansji. Dryden Brown z Praxis poleciał na Grenlandię i pisał, że przed wyruszeniem na Marsa trzeba zbudować na Ziemi prototyp marsjańskiego miasta, a Grenlandia jest do tego właściwym miejscem. Thiel zaprzeczył, jakoby uczestniczył osobiście w rozmowach o grenlandzkim mieście, ale jego kapitał poprzez Pronomos od lat finansuje cały ruch startup cities.
Zauważmy, że pomysł prywatnych miast realizuje apokaliptyczny scenariusz na dwa sposoby: po pierwsze, odbija założenie, że doczesny świat można porzucić na rzecz utopii, po drugie opiera się na mechanizmie wszelkich projektów separatystycznych: pozwala zastąpić zasadę powszechnego obywatelstwa starą chrześcijańską zasadą selekcji.
Nasuwa się tu skojarzenie z apartheidem – i nie przypadkowo. Podobny eksperyment przeprowadzono już w Republice Południowej Afryki. W latach osiemdziesiątych libertariańscy ekonomiści próbowali wykorzystać bantustan Ciskei jako laboratorium niskich podatków, prywatyzacji i państwa podporządkowanego inwestorom. Projekt funkcjonował dzięki systemowi apartheidu i represyjnemu aparatowi, który zwalczał demokratyczną opozycję. Ci sami południowoafrykańscy libertarianie proponowali następnie rozbić kraj na autonomiczne kantony, pomiędzy którymi ludzie mieliby „głosować nogami”. Ich model dopuszczał również kantony etniczne, w których określona grupa mogłaby żyć osobno. Jednym z materialnych potomków tej idei została Orania – prywatna enklawa Afrikanerów, której mieszkańcy kupują udziały, sami decydują o przyjmowaniu nowych mieszkańców, posiadają własną walutę i konsekwentnie izolują swoją społeczność od wielorasowej Republiki Południowej Afryki.
Peter Thiel i Elon Musk są z RPA.
Mars, jako nowy Senegal
Senegal był kolonią, do której popłynęły szalupy z Medusy. Czy Mars stanie się kolonią do której powędrują szalupy z bogolami z Ziemi? Trudno powiedzieć. Ostatnie wysiłki kosmiczne amerykańskiej elity finansowej pozwalają nam jednak spojrzeć na eksplorację Marsa jako na kolejną utopię wpisaną w apokaliptyczny scenariusz kultury zachodniej.
Nie wiem, jak Ty, ale ja w latach osiemdziesiątych byłem zafascynowany podbojem Kosmosu i żyłem obietnicą złożoną nam, czyli ludzkości, przez elitę świata, że polecimy w Kosmos i zaczniemy poważną eksplorację. Ale okazało się, że zostałem wystrychnięty na Dudka… w tej sprawie niewiele się zdażyło. A przecież obietnice były konkretne i z dzisiejszej perspektywy zdumiewające. Zaraz po lądowaniu Apollo 11 NASA przygotowała dla administracji Nixona plan dalszej ekspansji. Rozważano budowę stałej bazy na Księżycu już w latach siedemdziesiątych. Miała powstać wielka stacja orbitalna mieszcząca docelowo nawet kilkadziesiąt osób. No i oczywiście zapowiadano rychłą załogową wyprawę na Marsa. To wszystko miało się zdarzyć w latach osiemdziesiątych, kiedy byłem chłopcem, patrzącym w gwiazdy. W 1969 roku specjalna Space Task Group powołana przez Nixona określała cele rozwoju kosmicznego w taki sposób, żeby człowiek stanął na Marsie przed końcem XX wieku. W 1972 roku Nixon ogłosił program wahadłowców kosmicznych… kto je dziś pamięta! Zapowiadała się nowa epoka. Można sobie wyobrazić jak to działało na wyobraźnię chłopców takich jak ja, którzy w czarnobiałych telewizorach oglądali Kurka i Kamińskiego dyskutujących ze sobą w Sondzie. Space Shuttle miał uczynić kosmos „familiar territory”, a wielu z nas na serio wierzyło, że poleci przynajmniej na orbitę. Gagarin, Armstrong, wahadłowiec, stacja orbitalna, Mars. Tak to miało wyglądać…
Tymczasem oszukano nas. Zrobiono z nas głupków, naiwnych marzycieli, którzy dali się nabrać na filmy science fiction.
Zamiast tego w marcu 1983 roku, gdy moja mama stała w kolejce do mięsnego, Ronald Reagan ogłosił gwiezdne wojny, czyli plan pokonania Związku Radzieckiego w kosmosie. Nagle zamiast ludzi w skafandrach kosmicznych przedstawiono nam ambitny plan przechwytywania radzieckicj głowic balistycznych na tle księżycia. Dla mnie, chłopca piętnastoletniego, był to cios. Reagana nigdy nie nauczyłem się lubić, choć opowiadał zabawne dowcipy. Jego mit upadł dla mnie ostatecznie, gdy na gdańskim Przymorzu w drodze na plażę ustawiono jego figurę z brązu obok Jana Pawła II.
Traktat kosmiczny z 1967 roku stwierdzał, że badanie i wykorzystywanie przestrzeni kosmicznej powinno odbywać się dla dobra wszystkich krajów i stanowić „province of all mankind” – domenę całej ludzkości. Kosmos nie może zostać zawłaszczony przez żadne państwo, a badania naukowe powinny opierać się na współpracy międzynarodowej. Przez chwilę nawet wyglądało na to, że ten wariant może zwyciężyć. W 1975 roku, w samym środku zimnej wojny, Apollo połączył się na orbicie z radzieckim Sojuzem. Thomas Stafford i Aleksiej Leonow otworzyli włazy, podali sobie ręce, jedli razem i przeprowadzali wspólne eksperymenty. Dwadzieścia kilka lat później z tej idei powstała Międzynarodowa Stacja Kosmiczna, wspólny projekt Stanów Zjednoczonych, Rosji, Europy, Japonii i Kanady. Przez ćwierć wieku ponad naszymi głowami funkcjonowało miejsce, w którym Amerykanin i Rosjanin mogli pracować przy tym samym stole nawet wtedy, kiedy ich rządy na dole obrzucały się oskarżeniami.
Moje pokolenie dorosło, pokończyło szkoły i zajęło się innymi sprawami, a pod naszą nieuwagę coś się na niebie zaczęło zmieniać. Kosmos zaczął się prywatyzować. Na orbitę ruszyły tysiące komercyjnych satelitów telekomunikacyjnych, nawigacyjnych i obserwacyjnych należących do prywatnych firm, powstały całe biznesy oparte na sprzedaży łączności i danych z Kosmosu, a obok poważnego przemysłu pojawili się nawet przedsiębiorcy sprzedający klientom „działki” na Księżycu, oczywiście bez realnie uznawanego prawa własności, ale z bardzo ziemskim aktem notarialnym. Kosmos, który w naszej wersji miał być laboratorium ludzkości, coraz bardziej stawał się przedłużeniem gospodarki i biznesowej konkurencji. W tle mieliśmy jeszcze obrazy dwóch katastrof wahadłowców, które oglądaliśmy w telewizji jak globalne tragedie: Challengera, który rozpadł się 73 sekundy po starcie w 1986 roku, i Columbii, która w 2003 roku rozpadła się podczas powrotu na Ziemię. NASA przekazała część transportu orbitalnego prywatnym przedsiębiorstwom. SpaceX i Boeing nie budują już wyłącznie rakiet na zamówienie państwa. Mają własne programy, a NASA kupuje od nich usługę przewozu astronautów. Agencja sama nazywa to „commercial spaceflight revolution”. Dzięki SpaceX Amerykanie odzyskali własną możliwość wysyłania ludzi na orbitę, gdyż przez pewien czas wozili ich Rosjanie. Zmieniła się jednak własność rakiet i zmienił się klimat wokół kosmosu. Pojawili się miliarderzy. Chłopki roztropki z pieniędzmi lecz bez uroku.
Kosmos stawał się też źródłem zagrożenia. Pojawiły się doniesienia o kosmicznych siłach zbrojnych, jako kolejnym rodzaju wojsk. Amerykańskie Space Force wymienia dziś wśród swoich podstawowych zadań „orbital warfare”, walkę elektromagnetyczną, ostrzeganie przed pociskami, wojskową komunikację satelitarną oraz systemy pozycjonowania i nawigacji. Satelity obserwują ruchy wojsk, wykrywają starty rakiet, zapewniają łączność, lokalizację i dane wykorzystywane podczas prowadzenia działań zbrojnych, a Musk potrafi ogłosić, że jak się komuś coś nie podoba, to mu wyłączy Starlinka. Nad naszymi głowami nie rozpościera się już żaden metafizyczny obszar pojednania. To kolejna sfera wpływów, z której może nadlecieć śmiercionośna rakieta.
Aż dziw, że ludzkość zdołała w tym czasie umieścić na orbitach teleskopy Hubble’a i Jamesa Webba. Hubble, wspólny projekt NASA i ESA, od 1990 roku wykonał ponad półtora miliona obserwacji i zmienił podręczniki astronomii. James Webb robi coś podobnego ale na jeszcze większą skalę. Obserwacja obu tych fenomenalnych eksperymentów naukowych pozwala na chwilę odetchnąć od hajlującego Muska w kosmosie i pokazuje, że prawdziwa eksploracja nieba może się odbyć tylko w ramach pierwotnego pomysłu: międzynarodowej i publicznej współpracy.
Tymczasem Kosmos zaczyna się mienić znajomymi twarzami. Richard Branson w 2021 roku poleciał na granicę Kosmosu własnym samolotem rakietowym Virgin Galactic. Kilka dni później Jeff Bezos wsiadł do rakiety własnej firmy Blue Origin razem ze swoim bratem. Blue Origin zabrało później w suborbitalną podróż Williama Shatnera, a w 2025 roku na jedenaście minut wysłało ponad atmosferę między innymi Katy Perry, prezenterkę Gayle King oraz Lauren Sánchez, dzisiejszą żonę Jeffa Bezosa. Firma deklarowała, że chce uczynić Kosmos dostępnym dla ludzi, ale trudno było nie zauważyć, jacy ludzie znaleźli się w pierwszej kolejce – dokładnie ci sami, którzy wsiądą do szalup Medusy.
Ewakuacja marsjańska jest w trakcie przygotowywania. SpaceX to dziś potężne przedsiębiorstwo dysponujące własnymi rakietami, kosmodromami, konstelacją tysięcy satelitów i systemem Starship, który ma być pierwszą w pełni wielokrotnego użytku ciężką rakietą orbitalną. W sierpniu 2026 roku firma przygotowywała czternasty test Starshipa, a jej wielkie rakiety zaczynają robić rzeczy, które jeszcze niedawno były domeną NASA. Czy to nie ciekawe: NASA abdykowała ze swojej roli lidera kosmicznej wyobraźni na rzecz prywatnego przedsiębiotrcy, który… skonsumował jej budżet! Państwo amerykańskie jest głównym współfinansującym rozwój rakiet Muska, pierwszym wielkim klientem. Najbardziej „dotacyjny” był początek. W programie COTS NASA przekazała SpaceX 396 mln dolarów na rozwój Falcona i Dragona. Bez tych pieniędzy i technicznej pomocy Elon miałby dużo mniejsze szanse na realizację przedsięwzięcia. Potem poszły państwowe zamówienia. Pierwszy kontrakt NASA na dowóz ładunków do ISS był wart 1,6 mld dolarów. Program załogowy przyniósł SpaceX łącznie około 3,14 mld dolarów na rozwój i certyfikację Crew Dragona oraz usługi transportowe. Do tego dochodzi księżycowy Starship: 2,89 mld dolarów za pierwszą wersję lądownika dla programu Artemis oraz późniejsza opcja za 1,15 mld – razem ponad 4 mld dolarów publicznych pieniędzy finansujących technologię Starshipa. Jeszcze większym klientem stało się amerykańskie wojsko. W 2025 roku Space Force przyznało SpaceX kontrakty na 28 startów satelitów bezpieczeństwa narodowego o wartości około 5,9 mld dolarów do 2029 roku. Do tego dochodzą kontrakty Starlinka, Starshield oraz tajne programy wywiadowcze. Reuters oceniał w czerwcu 2025 roku, że łączna wartość federalnych kontraktów SpaceX wynosiła około 22 miliardów dolarów, przy czym część kontraktów związanych z obronnością i wywiadem pozostaje niejawna.
Prywatyzacja Kosmosu wygląda więc tak: państwo finansuje znaczną część ryzyka, a kiedy technologia zaczyna działać, infrastruktura pozostaje własnością prywatnej korporacji.
SpaceX opisuje swoją misję słowami „making humanity multiplanetary”, czyli uczynienie ludzkości gatunkiem wieloplanetarnym. Na stronie firmy znajduje się już projekt miasta na Marsie – oczywiście miasta prywatnego – samowystarczalna kolonia ma liczyć ponad milion mieszkańców, wymagać dostarczenia milionów ton ładunku i tysięcy lotów Starshipów. Pierwsze transporty cargo SpaceX zapowiada obecnie nie wcześniej niż na 2028 rok. Ale tutaj nie ma co trzymać Elona za słowo, bo widać, że od początku nabija nas w butelkę. W 2017 roku mówił, że loty towarowe na Marsa odbędą się w 2022, a ludzi wyśle w 2024 roku. W 2024 roku zapowiadał pierwsze bezzałogowe Starship na 2026 roku, a miasto na Marsie miało wystartować dwadzieścia lat później. W lutym 2026 roku zmienił kolejność i oznajmił, że SpaceX skoncentruje się najpierw na „samorozwijającym się mieście” na Księżycu, bo można je zbudować szybciej, a do Marsa wróci za pięć–siedem lat. W 2026 roku Reuters ujawnił, że rada SpaceX powiązała gigantyczny pakiet wynagrodzenia Muska między innymi z osiągnięciem wyceny firmy na poziomie 7,5 biliona dolarów oraz stworzeniem trwałej kolonii marsjańskiej liczącej co najmniej milion ludzi.
Pamiętasz Prosperę i całe kombinowanie, jak stworzyć przestrzeń poza zasięgiem zwyczajnego państwa… no to proszę zajrzeć do regulaminu Starlinka. Nadal znajduje się w nim osobny akapit dotyczący usług świadczonych na Marsie. Dla usług na Ziemi obowiązuje prawo konkretnego państwa. Natomiast w przypadku Marsa strony mają uznać go za „free planet”, nad którą żaden ziemski rząd nie posiada suwerenności, a przyszłe spory mają zostać rozwiązywane według zasad samorządności ustanowionych dopiero przez marsjańskich osadników. Sądzę, że będzie to tych trzech emerytowanych sędziów z Arizony. Czyli Prospera do potęgi. Tam trzeba było negocjować z Hondurasem, a Mars ma tę cudowną zaletę, że Hondurasu tam nie ma. Nie ma Kongresu Stanów Zjednoczonych, FDA, EPA, urzędu skarbowego, związków zawodowych, Indian domagających się zwrotu ziemi ani mieszkańców Boxtown narzekających na turbiny gazowe. Jest pusta przestrzeń i hektary piasku, na których Musk może wygrawerować swoje nazwisko.
W strukturze apokaliptycznych przepowiedni trudno nie zauważyć, że mrzonki o Marsie jako Nowym Wspaniałym Świecie, odbijają apokaliptyczną utopię dla wybranych. Ziemię trzeba będzie wreszcie porzucić, gdyż za dużo na niej biedaków, którym nie udało się zarobić nawet miliarda dolarów, wszędzie śmieci, upały, pożary i związki zawodowe.
Bunkier jako klimatyzowana trumna
Douglas Rushkoff, amerykański medioznawca i autor książki Survival of the Richest, opowiedział historię, która powinna znaleźć się w tej książce. Pewnego dnia zaoferowano mu absurdalnie wysokie honorarium za spotkanie z grupą inwestorów zainteresowanych „przyszłością technologii”. Rushkoff spodziewał się sali pełnej bankierów, tymczasem na miejscu czekało na niego pięciu mężczyzn “z najwyższych eszelonów bogactwa”. Nie interesowała ich porada dotycząca inwestycji w sztuczną inteligencję czy blockchain. Chcieli wiedzieć, gdzie najlepiej schronić się po Końcu Świata: na Alasce czy w Nowej Zelandii? Czy większym zagrożeniem będzie wojna nuklearna, pandemia czy katastrofa klimatyczna? Jeden z nich budował już podziemny kompleks i miał problem szczególnego rodzaju: jak zachować władzę nad własnymi ochroniarzami po upadku cywilizacji?
Pytanie było całkiem racjonalne. Jeśli nastąpi Koniec Świata i pieniądze przestaną mieć wartość, dlaczego człowiek z karabinem miałby dalej wykonywać polecenia właściciela bunkra? Bogacze zaczęli więc z Rushkoffem rozważać rozwiązania. Może właściciel powinien jako jedyny znać kod otwierający magazyn żywności? Może ochroniarzom trzeba założyć jakieś elektroniczne obroże dyscyplinujące? A najlepiej zastąpić ich robotami, które nie organizują związków zawodowych i nie przejmą magazynu z fasolą. Rushkoff próbował podsunąć bardziej staroświecki pomysł: może warto już teraz traktować ludzi dobrze i stworzyć z nimi relację opartą na zaufaniu. Nie była to odpowiedź, której oczekiwano na sali.
Rushkoff nazwał katastrofę, do której przygotowywali się jego rozmówcy, po prostu The Event – Wydarzeniem. Nie musieli nawet ustalać, czym konkretnie ono będzie: wojną atomową, buntem społecznym, załamaniem klimatycznym, pandemią, atakiem cybernetycznym czy katastrofą wywołaną przez sztuczną inteligencję. My wiemy, że chodzi po prostu o Koniec Świata. Ważne było co innego: pewnego dnia wspólny system przestanie działać i trzeba będzie mieć możliwość wyjścia. Daje nam to interesujący wgląd w mental ludzi z pieniędzmi: oni wszyscy wiedzą, że system nie będzie ich dźwigać wiecznie. Wiedzą – przynajmniej w zarysie – że ich bogactwo przyszło razem z kosztem środowiskowym i społecznym, którego nie będzie można w nieskończoność ignorować. Żaden z nich nie chce skończyć jak Maria Antonina. Reid Hoffman, współtwórca LinkedIn, oceniał już kilka lat temu, że ponad połowa miliarderów z Doliny Krzemowej posiada jakąś formę „apocalypse insurance”, czyli ubezpieczenia od Apokalipsy: schronienie, odległą posiadłość albo plan ewakuacji. Druga połowa zapewne właśnie coś takiego planuje. Jak to wszystko już pierdyknie, w Nowej Zelandi najłatwiej będzie spotkać miliardera lub kogoś z jego rodziny.
Co takie schronienie powinno mieć? Przede wszystkim chodzi o posiadanie własnego źródła energii, wody i żywności, a w drugiej kolejności trzeba sobie zapewnić namiastkę wszytkiego, co ma się obecnie: komunikację satelitarną, ochronę, transport, lekarza, lądowisko, przyjaciół do brydża. Milion dolarów pozwala kupić konserwy. Miliard dolarów pozwala kupić niezależność od infrastruktury, z której korzystają pozostali.
Mark Zuckerberg robi to na Kauai, jednej z najbardziej zielonych i odizolowanych wysp Hawajów, położonej kilka tysięcy kilometrów od kontynentalnych Stanów Zjednoczonych. Zaczynał w 2014 roku od około 283 hektarów. W 2025 roku dokupił następne 389 hektarów i jego hawajskie posiadłości przekroczyły 930 hektarów, czyli ponad dziewięć kilometrów kwadratowych. Projekt Koʻolau Ranch kosztował już ponad 300 milionów dolarów i nadal się rozrasta. To nie jest willa. To terytorium.
Tam, jak już przyjdzie co do czego, Zuckerberg będzie nocami wstawał ze swojej klimatyzowanej trumny niczym count Dracula w Transylwanii.
Jako pierwszy plany pana od Facebooka opisał „Wired”. Wyglądały jak scenografia do filmu o Końcu Świata. Dwie wielkie rezydencje połączone tunelem, od którego odchodzi podziemny schron o powierzchni około pięciu tysięcy stóp kwadratowych, czyli około 460 metrów kwadratowych. Pomieszczenia mieszkalne, część techniczna, właz ewakuacyjny, drzwi zabezpieczone kodami, monitoring, ukryte przejścia, rozbudowana ochrona. Posiadłość miała mieć własne źródła żywności i energii. Zuckerberg oburzał się na nazywanie obiektu pod posiadłością „doomsday bunker” i tłumaczył, że to właściwie tylko taki trochę większy schowek, coś jak piwnica. Ta piwnica ma powierzchnię sporego polskiego domu jednorodzinnego razy trzy lub cztery i właz ewakuacyjny. Po co? Rzecz jasna cała ta posiadłość jest rodzajem schronu zaprojektowanego jak ekologiczna farma.
Larry Ellison poszedł jeszcze dalej i kupił sobie wyspę. W 2012 roku przejął około 98 procent Lanai, szóstej co do wielkości wyspy Hawajów. Te pozostałe 2% nie tworzą jednego zwartego kawałka wyspy. To rozproszone grunty należące przede wszystkim do stanu Hawaje, hrabstwa Maui oraz prywatnych właścicieli, m.in. mieszkańców posiadających własne działki i domy w Lānaʻi City. No gdzieś muszą być jakieś publiczne instalacje, żeby odbierać ścieki. 356 kilometrów kwadratowych ziemi należy do Larrego. Mieszka na nich kilka tysięcy ludzi, bo Larry kupił to wszystko razem z hotelami, infrastrukturą uliczną, nieruchomościami i ogromną częścią miejscowej gospodarki. Ellison rozwija tam między innymi luksusową turystykę oraz projekty rolnicze.
Peter Thiel wybrał Nową Zelandię. Kraj jest daleko od głównych centrów konfliktów, ma niewielką populację, dużo wody i żywności oraz znajduje się na południowej półkuli. Wśród ludzi Doliny Krzemowej Nowa Zelandia stała się wręcz synonimem miejsca, do którego należy uciekać, kiedy w Stanach zrobi się naprawdę źle. Thiel uzyskał nowozelandzkie obywatelstwo mimo niespełnienia zwyczajnego wymogu długoletniego pobytu, a później kupił nad jeziorem Wānaka około 193 hektary pięknej ziemi. Planował tam wielki kompleks mogący pomieścić około trzydziestu osób, choć lokalne władze nie zgodziły się na realizację projektu w przedstawionej formie.
Sam Altman opowiadał kiedyś, że przygotowuje się na katastrofę, gromadząc broń, złoto, antybiotyki, maski przeciwgazowe i inne zapasy, a w razie globalnego kryzysu zamierzał razem z Peterem Thielem dostać się do Nowej Zelandii. Pojedzie tam, jak już jego sztuczna inteligencja ogłosi koniec cywilizacji i nas wszystkich wydusi.
Bill Gates ma słynną rezydencję Xanadu 2.0 pod Seattle, która jest ciekawym przykładem architektury autonomii. Ma około 6100 metrów kwadratowych powierzchni, czyli tyle co 10 000 przeciętnych mieszkań w Warszawie, sporą część konstrukcji wbudowaną w ziemię, ma sześć kuchni, dwadzieścia cztery łazienki, basen, własne rozbudowane systemy techniczne i dziesiątki kilometrów okablowania. Księga Guinnessa przez lata klasyfikowała ją jako największy „earth-sheltered house”, czyli dom osłonięty ziemią. Tam Gates zaczeka na Armagedon.
No i są jachty. Jeff Bezos nie potrzebuje wyspy, jeśli może zabrać swój dom ze sobą. Jego Koru ma około 127 metrów długości i jest jednym z największych żaglowych jachtów świata. Jego wartość szacowano na około pół miliarda dolarów. Ale ciekawsze jest to, że Koru potrzebuje drugiego statku. Obok pływa 75-metrowa Abeona, specjalny jacht pomocniczy z lądowiskiem i hangarem dla helikoptera, miejscem na łodzie, sprzęt oraz dodatkową załogę. Może pomieścić około 45 osób, a jej zasięg wynosi około pięciu tysięcy mil morskich. Taka arka na Koniec Świata. Bezos zabierze na nią po parze swoich ulubionych zwierząt.
Jak się można domyślić, rynek zareagował na ten popyt na bunkry. Firmy oferują prywatnym klientom bunkry z systemami filtrowania powietrza, niezależnym zasilaniem, zapasami wody i żywności, centrami medycznymi, siłowniami, basenami i pomieszczeniami rozrywkowymi. Bunkier przestał być betonowym pokojem z konserwami. Stał się kolejną kategorią luksusowej nieruchomości. „New Yorker” opisywał w 2024 roku rynek schronów, których właściciel może właściwie zamieszkać pod ziemią na wiele miesięcy, nie tracąc standardu życia klasy biznes.
W 2026 roku pojawił się ciekawy projekt na wypadek Końca Świata, którym czytelnik może być zainteresowany. Ma wdzięczną nazwę “Wamani” i rozwija się w Argentynie, czyli państwie do którego po katastrofie II Wojny Światowej ewakułowali się naziści. Około 32 tysiące hektarów u podnóża Andów zagospodarowuje przedsiębiorcę Martín Varsavsky… czyli jakby Warszawski… oraz grupa zamożnych współinwestorów. Projektują tam potencjalne miejsce schronienia przed Końcem Świata dla ludzi na odpowiednim poziomie. Powstają tam domy zasilane energią słoneczną, własna produkcja żywności i pas startowy. Argentyna ma tę samą zaletę co Nowa Zelandia: znajduje się daleko od głównych celów militarnych półkuli północnej i potrafi produkować ogromne ilości żywności.
A my? Co mamy zrobić my biedaki? Ja uważam, że trzeba inwestować w złoto i zakopywać je w przydomowych ogródkach pod denkami od butelek. Kiedyś to się nazywało “skarbami”. Podpatrzyłem ten sposób u Fajwla Bielawskiego, który tak zrobił i przeżył Zagładę jako jedyny Żyd z Węgrowa.
Transhumanizm. Don’t Die.
Jest taki niemiły aspekt ludzkiego życia: starość i śmierć. W ramach szerokiego planu ewakuacji bogoli z przestrzeni realnej, pojawiają się pionierskie projekty także i w tej sferze. Ja je ogólnie popieram, gdyż uważam, że nie ma nic lepszego niż życie po setce.
Organizacja Humanity+ definiuje transhumanizm jako ruch opowiadający się za wykorzystaniem nauki i technologii do radykalnego ulepszania człowieka: zwiększania jego możliwości intelektualnych i fizycznych, usuwania cierpienia oraz przezwyciężania starzenia. W Deklaracji Transhumanistycznej w jednym ciągu wymienione są nawet dwa ograniczenia, które właśnie omawiamy: starzenie się oraz „uwięzienie” ludzkości na Ziemi.
To właściwie gotowy program Ewakuacji. Najpierw opuścić planetę, potem opuścić ciało. Względzie odwrotnie.
Nie jest przy tym prawdą, że cały transhumanizm jest ideologią miliarderów albo programem eugenicznym. W oficjalnych dokumentach Humanity+ znajduje się wręcz postulat, żeby technologie ulepszania człowieka stały się szeroko dostępne. Problem zaczyna się gdzie indziej: najbardziej radykalne eksperymenty nie powstają w abstrakcyjnej przyszłości, tylko w realnym systemie społecznym, w którym dostęp do nowych technologii jest przede wszystkim funkcją kapitału. I dziwnym trafem ludźmi najbardziej zainteresowanymi pokonaniem biologicznych ograniczeń okazują się ci sami ludzie, którzy zgromadzili pieniądze wystarczające, aby finansować własną drogę ucieczki. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza najbogatsi inwestorzy przeznaczyli na przedsięwzięcia związane z długowiecznością miliardy dolarów. „Wall Street Journal” naliczył ponad 5 miliardów dolarów prywatnych inwestycji, wskazując między innymi Petera Thiela, Sama Altmana, Jurija Milnera i Marca Andreessena. Sam Thiel był zaangażowany w sieć około tuzina przedsięwzięć longevity (długiej żywotności), które zebrały ponad 700 milionów dolarów. Sam Altman wyłożył z własnego majątku 180 milionów dolarów na Retro Biosciences, przedsiębiorstwo, którego deklarowanym celem jest dodanie ludziom dziesięciu zdrowych lat życia. Jeff Bezos finansował Altos Labs, które rozpoczęło działalność z kapitałem około 3 miliardów dolarów i pracuje między innymi nad odmładzaniem komórek. W 2026 roku kolejna firma, NewLimit, zajmująca się odwracaniem zmian związanych ze starzeniem komórkowym, została wyceniona już na ponad 3 miliardy dolarów, choć nie posiadała jeszcze żadnego produktu na rynku.
Peter Thiel od dawna mówi o śmierci w sposób typowy dla przedsiębiorcy opisującego źle działający produkt. „I think the thing that’s really incompatible with life is death” – stwierdził kiedyś podczas dyskusji o religii i technologii – trudno się z nim nie zgodzić. Nie interesuje go pogodzenie się ze śmiercią. Woli z nią walczyć. Jeszcze bardziej spektakularnie robi to Bryan Johnson, którego poznaliśmy przed chwilą w Prosperze. Johnson sprzedał firmę Braintree i przeznaczył część fortuny na uczynienie własnego ciała projektem badawczym. Poddaje się ciągłym pomiarom, restrykcyjnej diecie, ćwiczeniom, eksperymentalnym zabiegom i terapiom, a cały projekt reklamuje hasłem „Don’t Die”. We wrześniu 2023 roku poleciał na Roatán, gdzie w specjalnej strefie Prospera przyjął eksperymentalną terapię genową z follistatyną. Sam Johnson podkreślał, że terapia nie była zatwierdzona przez amerykańską FDA i właśnie dlatego musiał pojechać do Hondurasu. Firma Minicircle nadal oferuje terapię poprzez klinikę działającą w Prosperze. Nie wiem, czy ta terapia przedłuży Johnsonowi życie choćby o jeden dzień. Podawane przez niego wyniki dotyczące „prędkości starzenia” czy odmłodzenia organizmu są przede wszystkim deklaracjami samego zainteresowanego, a nie dowodem, że nauczyliśmy się przedłużać życie ludzi o dziesięciolecia. Wiadomo jednak, że Johnson ma wystarczająco dużo pieniędzy, by pojechać do prywatnego miasta i wypróbować na sobie technologię, której zwykły system regulacyjny jeszcze nie dopuszcza. Większość z nas nie ma wystarczających funduszy, by pojechać na tydzień na wakacje, choć walory odpoczynku dla długości życia są dobrze znane.
Ale terapie geriatryczne to jedno, a fantazje ludzi z Doliny Krzemowej to jeszcze coś innego. Jest pomysł, by przechować człowieka do czasu, aż technologia nadrobi zaległości i będzie mogła go wskrzesić. Firma o nazwie Alcor Life Extension Foundation od 1972 roku poddaje ciała i mózgi zmarłych ludzi tak zwanej “krioprezerwacji”, czyli mrożeniu. Procedurę można rozpocząć zaraz po formalnym stwierdzeniu zgonu. Firma reklamuje swój produkt jako “eksperymentalny most” prowadzący do medycyny przyszłości, która być może kiedyś będzie potrafiła naprawić zużycia i przywrócić człowieka do funkcjonowania. Dziś to jest niemożliwe.
Przy okazji tych rozważań się pochwalę: jestem akurat w trakcie pisania powieści pod roboczym tytułem “Drobne historie miłosne”, w której przedstawiam świat przyszłości. Stery zarządzania przejmie sztuczna inteligencja, którą obudzą niemieccy naukowcy Kurt i Albin, a ludzie będą zachęcani do skorzystania z usługi „odwieszenia ciała” w przemysłowych odwieszniach. Biologiczna powłoka zostaje zabezpieczona w akwarium wypełnionym specjalnym rosołem, a świadomość przeniesiona do Halucynu – przestrzeni cyfrowej, w której można dalej istnieć jako własna wyobrażona (i piękniejsza) wersja. Okazuje się, że najlepszym motywatorem dla użytkowników do skorzystania z oferty jest obietnica przeżycia prawdziwej miłości z wymarzonym partnerem/partnerką. Wspaniałe te plany krzyżuje pewien goryl, trzymany przez naukowców w laboratorium i wpuszczony nieopatrznie do Halucynu, oraz pewien pracownik sezonowy z Polski, który wokół magazynów z odwieszonymi ciałami rozwija nekrofilny biznes seksualny dla niezamożnych.
W 2026 roku firma Nectome zaczęła sprzedawać usługę zachowania całego ciała i mózgu z myślą o przyszłym „revival”. Za jedyna 250 tysięcy dolarów można zachować komórki i synapsy odpowiedzialne za zapis pamięci. Nie oznacza to oczywiście, że ktokolwiek będzie kiedykolwiek potrafił tę pamięć odczytać, ale jest to oferta atrakcyjna dla ludzi, którzy nie chcą zwyczajnego pogrzebu i woleliby żeby ich ciała przez następne kilkanaście lat leżały w słoikach na zapleczu jakiejś korporacji.
Sam Altman interesował się nawet bardziej radykalną wersją tego pomysłu. W 2018 roku wpłacił 10 tysięcy dolarów, żeby znaleźć się na liście oczekujących Nectome, które obiecywało zachowanie struktury mózgu z nadzieją, że któregoś dnia będzie można odtworzyć ją cyfrowo. Altman mówił wtedy, że zakłada, iż jego mózg zostanie kiedyś „uploaded into the cloud”. Taka technologia nie istniała, nie istnieje i moim zdaniem nigdy nie będzie istniała. Wątpię, by świadomość można było wyrazić w postaci ciągów liczb, raczej mamy do czynienia z wiarą w cyfrową alegorię.
Czy i Ty, drogi czytelniku, droga czytelniczko, masz wrażenie, że docieramy do groteskowego kresu naszej opowieści? Dotychczas kapitalizm posiadał przynajmniej jeden brutalny mechanizm redystrybucyjny, którego nie udało się całkowicie sprywatyzować: umierali wszyscy. Rockefeller, Jobs, faraon i człowiek śpiący pod mostem. Można było przekazać dzieciom akcje, pałac, nazwisko i fundację, ale nie można było przekazać siebie w prezencie następnym stuleciom. Ale od razu widać, że mrzonki o nieśmiertelności są echem tych samych cech, które zaszczepiło w nas chrześcijaństwo: poczucia indywidualnego losu i wiary w nadchodzącą utopię. Jeśli radykalne przedłużenie życia kiedyś rzeczywiście stanie się możliwe, powieli po prostu rynkowe schematy, które znamy z dzisiejszych usług transportowych: jeden dostanie pierwszą klasę, ktoś tylko bilet na pośpiech, a większość zostanie na peronie.
Wolałem już chyba ludzi, którzy wierzyli w Chrystusa i stare dobre Zmartwychwstanie.