Myśli znad krawędzi

No więc stoję w Luwrze przed obrazem Tratwa Meduzy, Theodore’a de Gericault, gigantycznym płótnem katastroficznym, które przedstawia garstkę potępieńców uwięzionych na tratwie i wyczekujących na śmierć lub ratunek. Być może znasz ten obraz, być może znasz tę historię, jeśli nie, zerknij na obraz w telefonie, bo zrobię z tego przedstawienia główną metaforę tej książki. Wspaniała kilkumetrowa kompozycja. Układa się w trójkąt – na szczycie stoi mężczyzna machający kolorową szmatą w kierunku żaglowca ledwo majaczącego na horyzoncie. Piramida złożona jest z ludzkich ciał: na dole leżą nadjedzone trupy namalowane z prosektoryjnym zapałem, a po trupach wspina się w górę kilkunastu nieszczęśników. Pewnie się zastanawiasz, o co tu chodzi? Czy to jakaś scena biblijna? Mitologiczna? Ale nie. To, na co patrzysz, to niemal reporterskie przedstawienie autentycznego zajścia. Ostatni moment z całego łańcucha niefortunnych zdarzeń… ludzie, którzy pazurami walczą o życie… Najsilniejsi, którym udało się wytrwać najdłużej i zepchnąć słabszych w odmęty. 

W 1816 roku francuski statek na drodze do kolonii w Senegalu osiadł na mieliźnie kilkadziesiąt kilometrów od brzegów Afryki. Niedoświadczony kapitan popełnił kardynalny błąd w obliczeniach i wprowadził swoją krypę na płycizny, które oznaczały koniec podróży pośrodku morskich żywiołów. 250 osób w tym gubernator Senegalu z rodziną pomieściło się w szalupach ratunkowych, natomiast reszta musiała sobie zbudować tratwę z pokładowych desek, lin i pourywanych masztów. 150 osób ustawiło się ciasno jedno obok drugiego jak na peronie kolejowym i w ten sposób chciało się ratować. Tratwę miały pociągnąć szalupy, ale stało się jasne, że to zadanie zbyt trudne dla wioślarzy i gubernator z kapitanem postanowili odciąć liny, skazując tratwę ze stojącymi na niej ludźmi na morski dryf. Można się domyślać, że w szalupach byli ci bogatsi i szlachetniejsi, na trafie zotali biedniejsi i podlejsi, którzy nie zasłużyli na miejsce w szalupach. W ten sposób te dwa światy zostały rozłączone. Na zawsze. Morze stało się nieprzekraczalnym murem, który rozdziela dwa odmienne ludzkie losy. Szalupy dotarły bezpiecznie do brzegu, na tratfie jednak historia potoczyła się zgoła inaczej. Wkrótce jedni drugich zaczęli spychać w fale, dusić i pożerać, wypijając z ich żył ostatnie krople słodkiej wilgoci. Najsilniejsi ruszyli do śmiertelnych zapasów o miejsce jak najbliżej środka tratwy, skąd nie zabrałyby ich fale. Nad głowami ciężkie burzowe chmury, wokół słona kipiel, a w duszach gasnące postanowienie, by utrzymać się jak najdłużej. Piekło. 

Dziś być może obrazy horroru nie robią na nas takiego wrażenia, jakie robiły wtedy – jesteśmy przecież przyzwyczajeni do inwazji zombie. W czasach Instagrama trudno sobie wyobrazić coś bardziej banalnego niż ludzi pożerających się w walce o resztki nadziei. Ale swego czasu ten obraz robił robotę: artysta podróżował z nim po Europie i pokazywał go w cyrkach osobliwości, sprzedając na niego bilety: tak bardzo ówczesna publiczność łaknęła obrazów zgrozy. Widzowie lgnęli do straszności, chcąc ponapawać się lękiem i bólem ludzi, którzy pazurami musieli sobie wydrapać ocalenie. Zastanawiali się pewnie, tak jak i ja dziś się zastanawiam, jak ja bym się zachował w podobnej sytuacji? Czy zepchnąłbym brata w fale, by ratować własną skórę? Czy zagłębiłbym zęby w łydce kolegi, by przetrwać chwilę dłużej? Czy tratwa Meduzy była sceną heroizmu rodziców ratujących dzieci, silnych pomagających słabym, czy też w obliczu nadciągającej śmierci ludzie zmienili się w bestie? To są wiecznie aktualne pytania, prawda, które niejako naturalnie nasuwają nam się, gdy stajemy w obliczu takich historii… no właśnie, czy naturalnie? A może stawiamy je sobie, gdyż uświadomiono nam scenariusz tego rodzaju katastrofy zanim jeszcze spojrzeliśmy na płótno? Mało tego: może nauczono nas żyć w jej oczekiwaniu, spodziewać się jej grzmotów w każdej chwili? A może… Może każdy z nas podświadomie podejrzewa, że szalupy nie są przeznaczone dla niego, a on sam już stoi na tratwie?

Kilka lat po namalowaniu obraz spoczął w Luwrze, jak Meduza na rafach. 

Kiedy stałem przed nim dwadzieścia lat temu, nie wiedziałem na co patrzę. Dopiero po latach mnie olśniło: patrzyłem na alegorię współczesności, na scenę z Apokalipsy. Na obrazie Gericault nie widzimy chwili, w której fregata uderza w mieliznę, tak jak na Sądzie Ostatecznym Memlinga nie widzimy czasów Antychrysta. Historia już się wydarzyła i mniej więcej wiemy, jak przebiegała. Teraz wkraczamy w bezczas, w punkt końcowy. Statku już nie ma, a wraz z nim zniknęła i rama, w której rozgrywała się społeczna konwencja. Wcześniejszy porządek się rozpadł i teraz kształtuje się nowy, oparty na dużo prostszych i przejrzystszych zasadach: siły pięści i pazurów. Potępieni, którzy nie dostali się na szalupy, próbują przeżyć na szczątkach dawnego świata. Nie ma już państwa, prawa, hierarchii służbowej. Patrzymy na życie zdegradowane, prowizoryczne, kierujące się nową logiką. Dawny świat pozostał w szczątkach jako własna kpina: pogruchotane maszty, belki, liny i deski ułożone w coś, co jeszcze przez chwilę może utrzymać ludzi nad wodą. Być może gdzieś na jakimś fragmencie drewna widać jeszcze pieczęć królewską, groteskowe wspomnienie starego porządku. I teraz dopiero odsłoni się prawda o nas, o ludziach, wyłoni się ludzka bestia – tym bowiem jest Apokalipsa: odsłonieniem. Naiwny, który wierzy, że Apokalipsa wyrówna różnice społeczne. Gericault pokazuje, że je wyostrzy, przedstawiając się jednocześnie jako Sprawiedliwość.

Tratwa Meduzy jest mroczną antytezą biblijnej Arki Noego: arka była szalupą wybranych, tratwa jest więzieniem skazanych. Oto wizja świeckiej Apokalipsy, która wyłania się po usunięciu Boga i zastąpieniu Go przez żywioł. Katastrofa wynika z niekompetencji, pychy, nierówności i decyzji politycznych, ludzie sami doprowadzają statek na mieliznę, sami dzielą miejsca w szalupach i sami odcinają linę. Działają ad hoc, w panice, a jednak z zadziwiającą konsekwencją odtwarzają scenariusz zaszczepiony im wcześniej przez kulturę. Selekcja przebiega zgodnie z ustaloną logiką: hierarchią. I nie jest to tylko podział przestrzenny ani społeczny. Szalupa i tratwa stają się dwoma odrębnymi światami moralnymi. Ci, którzy znaleźli się w szalupach bardziej wierzyli w system, byli gorliwsi, rozsądniejsi, pracowitsi. Ci na tratwie znaleźli się na dole gdyż na to zasłużyli. Ich bieda, bezsilność i wykluczenie są także spisem ich grzechów i win. Géricault pokazuje, że warunki społeczne mogą zamienić ludzi w walczące o przeżycie potwory – powiedzmy, że tak jest. Ale dlaczego? Może zło nie spada z nieba, tylko zostaje wyprodukowane przez system, który najpierw spycha ludzi na tratwę, a potem dostarcza dowodó, że właśnie tam jest ich miejsce?

Stoję na pięknej posadzce Luwru jako chwilowy turysta z Polski. Czuję, że jeśli Planeta trafi na mieliznę kryzysu, to ja zostanę odesłany na tratwę. Szalupa jest bowiem zawsze o centymetr poza naszym zasięgiem. Ale może to tylko moja egzaltacja? Może Ziemia już trafiła na mieliznę, a Apokalipsa rozgrywa się po prostu gdzie indziej? Może system dokonał już selekcji, a teraz przymierza się, by odciąć linę. Może to ja siedzę w szalupie, a Potępieni próbują przedostać się do nas na tratwach przez Morze Śródziemne?

A może problem jest jeszcze gdzie indziej… co jeśli Apokalipsa nie jest jedynym możliwym scenariuszem? Oto pytanie, które mnie olśniło i stało się punktem wyjścia do napisania tej książki. Zadałem je sobie dwadzieścia lat po obejrzeniu obrazu Gericault w Luwrze. Aby je postawić musiałem najpierw dokonać mozolnej dekonstrukcji całej misternej doktryny chrześcijańskiej, co zajęło mi lata. Podsumowałem to w książce “365 lekcji religii dla całej rodziny, która chce się wyzwolić”. Rozprawiłem się z koncepcją Boga, historycznością Jezusa, Zmartwychwstaniem, obietnicą raju, sadomasochistyczną naturą chrześcijaństwa, antysemityzmem, dyskryminacją kobiet i wieloma zjawiskami tej fałszywej opowieści – a jednak nawet wtedy nie dostrzegłam Apokalipsy. Umknęła mi jak przysłowiowy słoń w pokoju. Być może najgłębiej ukryta i najlepiej zinternalizowana ze wszystkich chrześcijańskich bujd – właśnie dlatego najtrudniejsza do zauważenia. To dlatego stojąc przed Tratwą Meduzy nie umiałem dostrzec niczego dziwnego. Obraz wydawał mi się oczywisty. Nie przyszło mi do głowy pytanie najprostsze: dlaczego uznałem taki przebieg historii za oczywisty? Dlaczego kultura nauczyła mnie oczekiwać właśnie takiego scenariusza? Dlaczego wszystko w tej opowieści wydało mi się oczywiste, nawet jeśli było oburzające i przerażające? Dlaczego uznałem, że po rozpadzie świata musi przyjść selekcja, przemoc i walka wszystkich ze wszystkimi? 

No więc teraz nadrabiam zaległości – dwadzieścia lat po wizycie w Luwrze zamierzam postawić wreszcie pytania zasadnicze: czy rama apokaliptyczna jest jedynym sposobem, w jaki potrafimy wyobrazić sobie kryzys? Czy można opowiedzieć koniec starego porządku bez Potępionych, Wybranych i Sądu? Czy jesteśmy w stanie, jako kultura Zachodu, odrzucić Apokalipsę, a wraz z nią raz na zawsze i skutecznie odrzucić chrześcijaństwo – tę truciznę, która wsącza się w naszą kolektywną wyobraźnię i każe nam reprodukować jej scenariusz. Dopóki to się nie stanie, będziemy chrześcijanami – czy nam się to podoba, czy nie, bez Boga, bez Kościoła, bez spowiedzi – dziećmi Apokalipsy. 

Oto moja misja i zadanie. 

Szkoła

W wypadku dostrzeżenia błysku atomowego należy paść na twarz nogami w stronę wybuchu.
– Treść instrukcji z lekcji przysposobienia obronnego z lat 80.

Wychowałem się w masce przeciwgazowej. Nadal pamiętam ohydny smak lateksu posypanego talkiem. Staliśmy w rzędzie na szkolnym korytarzu, a pan wuefista obserwował, jak szarpiemy się przy nakładaniu tego paskudztwa. Znamienne, że nadzór nad wojną atomową przypadał akurat nauczycielom wychowania fizycznego: zagłada jako szczególny rodzaj wyczynu sportowego. To były lata osiemdziesiąte, choć nikt z nas nie zdawał sobie wtedy sprawy ze znaczenia tego faktu. 

Podczas alarmów chowaliśmy się pod ławkami, jakby drewniany blat miał nas ochronić przed końcem cywilizacji. W liceum imienia Marynarki Wojennej nadzorował nas pan od zetpetów, który lubił znikać z lekcji, żeby strzelić sobie piwko w barze Pod Kandelabrami. Mama tłumaczyła mi, że prześwity w gomułkowskich blokach zaprojektowano tak, żeby fala uderzeniowa mogła przelecieć przez budynek i go nie przewrócić. Nena śpiewała 99 Luftballons, do której pląsaliśmy niewinnie, choć piosenka opowiadała o drobnym nieporozumieniu prowadzącym do wojny atomowej. Po Polsce krążył żart: kiedy najnowsza amerykańska technologia dotrze do naszego kraju? Dziesięć minut po jej odpaleniu. Apokalipsa była więc częścią codzienności, choć traktowaliśmy ją trochę jak mało prawdopodobne zajęcia dodatkowe – taki prześwit w codzienności z widokiem na atomowy grzyb. 

A potem eksplodował Czarnobyl i kazano nam pić płyn Lugola. Gdyby ktoś zapytał mnie wtedy, skąd bierze się lęk przed końcem świata, odpowiedziałbym bez wahania: z bomby atomowej. Z zimnej wojny. Z dwóch imperiów, które mogły w każdej chwili nacisnąć guzik. Wydawało mi się, że Zagłada jest osiągnięciem nowoczesnej technologii. Nie wiedziałem jeszcze, że szkoła uczyła mnie tylko jednej wersji znacznie starszej opowieści.

Bo atom był jedną połową mojego dzieciństwa. Drugą stanowił Kościół.

Kościół

Rafałek Betlecośtam – klasyczny obywatel RP, chrzczony scyzorykiem.
– Michał Lipiszczak na facebooku. 

Nie zostałem obrzezany. Zachowałem penisa w całości, gdyż urodziłem się w polskiej rodzinie katolickiej. 

Wychowałem się w kulturze lamentu. Nadal słyszę zawodzenie starych kobiet: „Boże, coś Polskę”, „My chcemy Boga”, „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas, Panie”. Widzę ludzi na kolanach, serdelowate łydki w nylonowych pończochach i wytarte podeszwy sąsiadów z osiedla. W tamtych czasach się błagało. O zdrowie, przebaczenie, łaskę, ocalenie, koniec komunizmu i dobry wynik operacji jelita grubego.

Najwięcej błagano, kiedy przyjeżdżał papież. Dziś mówi się, że Jan Paweł II przywoził Polakom nadzieję. Był to jednak bardzo szczególny rodzaj nadziei, wyrastającej z rozpaczy, obietnica ostatecznego zwycięstwa sprawiedliwości i Królestwa Bożego, ale po śmierci. Papież mówił, że cierpienie ma sens, ofiara zostanie wynagrodzona, sprawiedliwość zwycięży, tylko jeszcze nie teraz. Ostateczne rozwiązanie wszystkich ziemskich problemów znajdowało się zawsze gdzieś dalej: po komunizmie, po cierpieniu, po śmierci. „Bez Chrystusa nie można zrozumieć człowieka!” – wołał papież, a my kiwaliśmy posłusznie głowami, gdyż każdy z nas rozumiał, że jego przeznaczeniem jest krzyż i śmierć w męczarniach.

Jako dziecko nie rozumiałem, że słucham jednej z najstarszych opowieści naszej kultury. Świat jest zepsuty, nadejdzie Sąd, nastąpi selekcja, sprawiedliwi zostaną nagrodzeni, winni ukarani, a obecny porządek zostanie zastąpiony nowym. Już wtedy wydawało mi się to oczywiste, tak musiało być. 

W komunistycznej szkole mówili mi, że nastąpi wybuch, w Kościele, że nadejdzie Sąd. Język był inny, ale konstrukcja zdumiewająco podobna: świat jest zepsuty i zmierza ku katastrofie, po której nic nie będzie już takie samo. Nie potrafiłem jeszcze połączyć kropek.

Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że Wojtyła podróżował z biczem w walizce, którym okładał się przed snem. Nie wiedziałem, że wszyscy grają na siebie. 

Serengeti i Lem

Oprócz papieża i Pershingów było jeszcze ginące Serengeti. David Attenborough głosem Krystyny Czubówny opowiadał nam z telewizora o wysychającej sawannie, wymierających zwierzętach i ostatnich stadach przemierzających resztki afrykańskich traw. Chciałem jechać i ratować, ale moje możliwości ograniczała konieczność zdania matury oraz zdobycia jakiegoś źródła utrzymania. Jęk umierającej przyrody pozostał mi jednak w głowie jako kolejna zapowiedź końca. Wyobrażałem sobie Ziemię jako martwe cmentarzysko, na które ludzkie niedobitki będą wracały w maskach przeciwgazowych. Kosmos rysował się jako droga ewakuacji. Czytało się Lema, Asimova, Vonneguta i marzyło o wejściu do rakiety. Wojna atomowa, zanieczyszczenie przyrody, głód, wymierające zwierzęta, komunizm, szatan, papież, Antychryst, Sąd Boży i nowa płyta Pink Floyd mieszały się w jeden krajobraz nieuchronnej katastrofy. 

Bóg umierał ale Apokalipsa miała się znakomicie. Nie wiedziałem wtedy, że jestem po prostu zakładnikiem kultury Zachodu, a Koniec Świata dostałem w pakiecie.

Raj na ziemi

Od tamtego czasu minęło ponad czterdzieści lat. Świat się nie skończył, choć wielokrotnie słyszałem, że właśnie się kończy. Upadł komunizm, przetrwaliśmy rok 2000, kryzysy finansowe i pandemię, a mieszkaniec zamożnego Zachodu znalazł się tymczasem w świecie wygody, bezpieczeństwa i dostatku, o jakim wcześniejsze pokolenia mogły tylko marzyć. Krótko mówiąc: znaleźliśmy się w Raju. Przedstawia to rycina numer 1.

Późny kapitalizm uruchomił masową nadprodukcję szczęścia, wygody i natychmiastowej gratyfikacji. Nie ma chorób, śmierci, wszyscy są piękni, młodzi, każdy może zostać popularny. No i nasz Raj zachował jedną z najważniejszych cech dawnego Raju: nie jest przeznaczony dla wszystkich. Opiera się na ścisłej selekcji. Zbawieni mieszkają w centrum, potępieni pozostają na peryferiach: szyją ubrania, składają smartfony, wydobywają surowce. Piekło zostało odsunięte poza granice widzialnego świata. Od czasu do czasu potępieni próbują sforsować bramy Raju na pontonach. Wtedy Raj zwiera szeregi i zaczyna się bronić zasiekami, patrolami, pojawia się kategoria ludzi „nielegalnych”.

Dlatego na wszelki wypadek najbogatsi budują bunkry, kupują ziemię w bezpiecznych regionach, inwestują w prywatne technologie przetrwania i snują marzenia o opuszczeniu planety. Państwa, korporacje i jednostki gromadzą dane, zasoby oraz scenariusze na wypadek katastrofy. Arka konstruowana jest w Raju. Tratwa przewidziana jest dla odrzuconych. 

To właśnie jest jedna z osobliwości naszej kultury, którą chcę opisać: nigdy nie żyliśmy tak wygodnie, a jednocześnie nigdy nie produkowaliśmy tylu wizji nadchodzącej katastrofy i tylu technologii selektywnego ocalenia. Choć świat zachodni pozbył się Boga, Apokalipsa przyspieszyła i stała się jedną z centralnych obsesji. 

I to jest centralna myśl i misja tej książki. Chciałbym, żeby wyraźnie wybrzmiała: Koniec Świata został wymyślony jako projekt globalny, który ma zostać przeprowadzony przez Boga, ale wydarza się lokalnie, raz po raz. Końcem świata jest zbombardowane miasto, płot na granicy Unii Europejskiej i zatruta ropą rzeka. Końcem świata była rampa w Auschwitz. Może nam się zdawać, że te końce wydarzały się po prostu z powodu wojny, polityki, chciwości, przypadku albo katastrofy naturalnej. Ale sposób, w jaki je wytwarzamy, przeżywamy i organizujemy, nie bierze się znikąd. Nosimy w głowach gotowy scenariusz katastrofy, selekcji, kary i ocalenia.

Oto podstawowe odkrycie tej książki: Koniec Świata jest konstrukcją mentalną, którą nosimy w głowach, dlatego dąży do urzeczywistnia się w prawdziwym świecie. 

Świat mógłby wyglądać inaczej, ale coraz częściej funkcjonuje według logiki Apokalipsy, ponieważ jest ona jedną z najbardziej uporczywych ram myślowych naszej kultury. Nauczyliśmy się widzieć historię jako linię prowadzącą ku zagładzie, kryzys jako naturalny element ostatecznej katastrofy, a społeczeństwo jako wspólnotę, która w chwili próby będzie musiała zdecydować, kogo ocalić, a kogo pozostawić na tratwie. Organizujemy rzeczywistość według scenariusza, który wcześniej stworzyliśmy w wyobraźni.

I właśnie stąd wynika misja tej książki. Musimy zobaczyć Apokalipsę jako konstrukcję, zanim po raz kolejny pomylimy ją z naturalnym porządkiem rzeczy. Musimy nauczyć się rozpoznawać jej język, jej obietnicę finału, jej potrzebę wskazywania winnych, a przede wszystkim jej podstawową metodę: selekcję.

Dopiero wtedy możemy spróbować pomyśleć inaczej. Przestać odgrywać scenariusz Końca Świata i zacząć wyobrażać sobie przyszłość, która nie wymaga potępionych.

I właśnie po to jest ta książka. Żeby rozbroić Apokalipsę w twojej głowie. 

Jaki jest plan na tę książkę?

Ta książka jest próbą zrekonstruowania sposobu, w jaki Koniec Świata został wytworzony i zagnieżdżony w wyobraźni Zachodu. Nie interesuje mnie wyłącznie jako religijna przepowiednia. Interesuje mnie jako toksyczny sposób myślenia, który przeżył własną religię i nadal podpowiada nam, jak rozumieć historię i organizować świat.

Moja teza brzmi tak: chrześcijaństwo dało Zachodowi nie tylko Boga, przykazania i kościoły, ale również określoną konstrukcję historii – a nawet coś więcej: intuicyjne przekonanie, że świat jest tymczasowy i chyli się ku upadkowi, po którym nastąpi rozliczenie i ustanowienie nowego porządku. I najciekawsza rzecz: to myślenie jest trwalsze niż koncepcja Boga, która zdawałaby się centralna i konieczna dla światopoglądu religijnego. Nie jest. Okazało się bowiem, że religijna z natury koncepcja Apokalipsy funkcjonuje doskonale bez koncepcji Boga – Bóg może z tej opowieści zniknąć, ale jej konstrukcja pozostaje. Boga może zastąpić UFO, sztuczna inteligencja, katastrofa klimatyczna czy meteoryt – jakaś siła, która wymknęła się spod kontroli i odwróciła przeciwko nam. Być może zresztą to właśnie jest najlepsza definicja Boga. Grzech można zastąpić egoizmem, potępionych zombie, Sąd Ostateczny myśleniem rasowym, a Nowe Jeruzalem obietnicą nowego państwa, nowej utopii, zamorskiej kolonii. 

Zacznę od wytropienia początków opowieści, którą znamy dziś jako klasyczną narrację apokaliptyczną. Cofniemy się do antycznego piśmiennictwa żydowskiego i nieszczęsnej historii Izraela, Księgi Daniela i narodzin rewanżyzmu żydowskiego. Potem przyjrzymy się Jezusowi i pierwszym sektom chrześcijańskim, które wyczekiwały rychłego końca. Przeczytamy razem Apokalipsę Jana. Zobaczymy, jak ludzie oczekujący ponownego przyjścia Chrystusa poradzili sobie z faktem, że nie przyszedł. Następnie zobaczymy, w jaki sposób chrześcijańska Apokalipsa wgryzła się w kulturę Zachodu, a przede wszystkim, jak to się stało, że ludzie przyzwyczajeni do antycznej różnorodności religinej zaadoptowali i uznali za moralne myślenie w kategoriach selekcji. Odkryjemy wieszczenie apokaliptyczne, które towarzyszyło nam na każdym kroku od początku naszej ery. 

Później popatrzymy, jak Apokalipsa sobie poradziła ze stopniową śmiercią Boga. Przejdziemy więc do jej świeckich wcieleń: rewolucji, nacjonalizmu, faszyzmu i przemysłowej Zagłady z ikoniczną dla tej książki rampą w Auschwitz. Będę pytał, czy polityczne projekty oczyszczenia społeczeństwa, wskazywania ludzi skażonych i budowania nowego świata na ruinach starego nie wykorzystują konstrukcji znacznie starszej od nowoczesnych ideologii. Pod koniec II Wojny Światowej człowiek otrzyma do ręki atomowy guzik – swoją własną metodę na Koniec Świata. Pojawi się Hiroszima, bomba wodorowa, zimna wojna, schrony, Pershingi i atomowy grzyb, który przez kilkadziesiąt lat wisiał nad zachodnią wyobraźnią. Wreszcie dojdziemy do współczesności, w której przepowiednie Końca Świata mnożą się szybciej niż kiedykolwiek. Spróbuję zobaczyć, jak alegoria o Raju i Piekle stała się alegorią współczesności i jak metoda selekcji zaproponowana przez Chrystusa, materializuje się w kolonializmie i kapitalizmie. Językiem zagłady staną się katastrofa klimatyczna, wymieranie gatunków, migracje, pandemie, sztuczna inteligencja, załamanie demokracji, wyczerpanie zasobów – każdy z tych problemów ma własną materialną rzeczywistość, ale każdy może zostać wciągnięty w znany scenariusz finału, selekcji i ocalenia.

Postaram się przedstawić dłuższe recenzje kapitalizmu, ekologizmu, syjonizmu, agresji Izraela, sztucznej inteligencji oraz projektu ewakuacyjnego – coraz silniej widocznej tendencji myślenia świata zachodniego. Najbogatsi budują bunkry, kupują ziemię w bezpiecznych miejscach, inwestują w długowieczność, prywatne miasta i technologie ewakuacji, a Elon Musk chce zabrać człowieka na Marsa. Budujemy szalupy – miejsca nie wystarczy dla wszystkich.

Nie chodzi mi o udowodnienie, że faszyzm, kapitalizm, ekologizm czy sztuczna inteligencja stały się własnymi „religiami”. To byłoby zbyt banalne. Pytanie tej książki jest inne: czy pod bardzo różnymi językami i dekoracjami nie pracuje wciąż ta sama maszyna wyobraźni? Czy Koniec Świata nie stał się tym, co Fernand Braudel nazwałby strukturą długiego trwania – czy nie tworzy fundamentu zachodniego myślenia, skazując nas na powtarzanie tych samych błędów? Dla wielu chrześcijan ich religia jest przede wszystkim indywidualnym rezerwuarem miłości bliźniego, współczucia i nadziei. Rozumiem to i podziwiam: mam przykłady takich postaw we własnym otoczeniu. Ale traktując ich poważnie, jako ludzi myślących, chcę im także postawić kłopotliwe pytania, a mianowicie o to, czy owa miłość bliźniego w globalnym rozrachunku nie jest tylko deklaracją polityczną maskującą dużo bardziej ponurą maszynerię wyobraźni, która służy przede wszystkim tworzeniu struktury władzy i usprawiedliwianiu jako sprawiedliwego podziału świata na “dobrych” i “złych”, zbawionych i potępionych, czystych i skażonych, wybranych i odrzuconych. Czy gdyby nie chrześcijaństwo potrafilibyśmy taką selekcję uważać za część moralnego porządku świata? I dalej: czy bez koncepcji indywidualnego Zbawiciela, możliwe byłaby tak daleko idące zatomizowanie społeczeństwa? Czy bez koncepcji indywidualnego rozliczenia każdego przed Boskim Sądem, byłby możliwy egoistyczny kapitalizm? Czy bez koncepcji potępienia, bylibyśmy w stanie godzić się na dzieci pracujące dla nas w kopalniach w Kongo? Czy bez koncepcji Stworzenia Świata na potrzeby ludzi i wyobrażenia sobie, że Królestwo Boże jest w ostatecznym rozrachunku bardziej realne niż ten “padół łez”, na którym przyszło nam żyć, potrafilibyśmy zaakceptować degradację środowiska i mordowanie zwierząt? 

Nie ukrywam, że ja sam odpowiedziałem na te wszystkie pytania negatywnie, dlatego już lata temu doszedłem do wniosku, że chrześcijaństwo należy odrzucić, jako fałszywe i głęboko toksyczne myślenie. Do jakich wniosków dojdzie czytelnik? Proszę pisać w komentarzach… 

Ale książka nie może skończyć się na tej diagnozie. Jeżeli chrześcijaństwo należy odrzucić, a Apokalipsę zdemaskować, to jak myśleć? co robić dalej? Dlatego choć nie jestem prorokiem w epilogu postaram się przedstawić inne sposoby myślenia o czasie, przyrodzie, człowieku i przyszłości – takie, które nie potrzebują ostatecznego finału, by pozwolić nam trwać w świecie i być szczęśliwymi. 

Książkę dedykuję mamie i tacie. 

Uwagi na temat metody 

W tych rozważaniach będę posługiwał się myśleniem antropologicznym, gdyż jestem studentem tego kierunku na Uniwersytecie Gdańskim, ale także dlatego, że antropologia kulturowa najpełniej i najlepiej pozwala nam zobaczyć procesy hipnotyczne, którymi kieruje się życie społeczne. Nie jest to jednak książka antropologiczna w tym sensie, że nie bazuje na badaniach terenowych. Piszę ją jako “antropolog kanapowy”, korzystający z własnego doświadczenia, internetu i rozmaitych lektur. Korzystam także z pomocy AI, co uważam za fantastyczną okoliczność w książce o AI jako zapowiedzi końca świata. ChatGPT pozwolił mi w ultrakrótkim czasie dotrzeć do olbrzymiej ilości informacji, a jeśli gdzieś pojawiły się halucynacje, to tym lepiej. Ten antropologiczny typ myślenia oznacza, że nie będę traktował rzeczywistości jako zjawiska obiektywnego, które dla wszystkich jest “takie samo” jako “zjawisko przyrodnicze” – lecz jako coś, co zostaje wytworzone przez społeczności ludzkie. Będziemy się zajmować rzeczywistością społeczną – rodzajem kolektywnego snu, w którym rozgrywa się życie. W antropologii tę wielką, wspólną inscenizację nazywa się kulturą, a ja na własny użytek myślę o niej jako o zbiorowej halucynacji powstającej na bazie potężnych sugestii, którym zostajemy poddani od kołyski. Fachowo ten proces nazywa się enkulturacją. Dla antropologa kultura nie jest tym, “co robimy, żeby być kulturalnym”. Kultura jest całością życia społecznego. Jest zarówno tym, co nazywamy świadomie, jak i tym, co wydaje nam się “normalne”, a nawet “oczywiste”, i o czym się nie rozmawia, gdyż taki po prostu jest świat. W tym sensie kultura jest rzeczywistością: przezroczysta, niezauważalna – bez możliwości odróżnienia tego co naturalne i wytworzone. 

Po raz pierwszy odkrywałem te zjawiska podczas eksperymentów teatralnych, kiedy zastanawiałem się, na ile człowiek jest określany przez ciało, a na ile przez role przypisywane mu przez społeczeństwo. Czy osoba czarnoskóra po prostu „jest czarnoskóra”, czy też zostaje obsadzona w roli „Murzyna”, wyposażonej w gotowy zestaw oczekiwań i stereotypów? Zrozumiałem wtedy, że człowiek w przestrzeni społecznej nie tyle „jest tym, kim jest”, ile dostaje do odegrania gotowy scenariusz. Za Duchampem nazywam te gotowe scenariusze ready-made’em. Społeczeństwo wręcza nam kostium, zanim zdążymy zapytać, czy chcemy w nim wystąpić. Ja urodziłem się jako biały mężczyzna, a wychowano mnie na Polaka i katolika. Dostałem to w pakiecie razem z imieniem, językiem, Bogiem, historią, narodem i wyobrażeniem własnej śmierci.

Jedną z najważniejszych figur tej zbiorowej halucynacji, którą nazywamy rzeczywistością, jest obcy. To dzięki niemu odkrywamy, że rzeczy uznawane przez nas za naturalne i oczywiste gdzie indziej mogą wyglądać zupełnie inaczej. Wspólnota potrzebuje obcego także po to, żeby zbudować obraz samej siebie: dopiero kiedy pojawiają się „oni”, można powiedzieć, kim jesteśmy „my”. Obcy staje się naszym negatywem – dzięki niemu możemy uznać się za normalnych, czystych, cywilizowanych i wybranych. Odnajdujemy to w opowieści o Apokalipsie, której podstawową metodą jest selekcja na naszych i obcych. 

I tu dochodzę do sedna: Koniec Świata także został wytworzony. Nie został wpisany w strukturę rzeczywistości jako jej naturalny finał. Jest wynalazkiem określonej kultury, religii, polityki i sposobu organizowania czasu. Ludzie nie zawsze musieli wierzyć, że historia zmierza do jednego ostatecznego rozstrzygnięcia. Tego trzeba było ich nauczyć. Co więcej, antropologia pozwala nam zrozumieć, że myślenie apokaliptyczne jest specyficzne dla naszej kultury, a u innych społeczności może być nieobecne – spróbujmy sobie to uzmysłowić. Koniec Świata nie jest funkcją obiektywnej rzeczywistości, nie został umieszczony w strukturze świata jako zwornik sensu – jest wynalazkiem określonej kultury, religii, polityki, języka i organizacji czasu. Ludzie nie zawsze musieli wierzyć, że historia zmierza do ostatecznego rozstrzygnięcia. Tego trzeba było ich nauczyć. Kulturowy jest bowiem także sposób, w jaki porządkujemy czas. Chrześcijański Zachód wyprostował go w linię biegnącą od stworzenia, przez upadek, aż po Sąd Ostateczny. Koniec Świata może pojawić się dopiero wtedy, gdy czas przestaje być kołem powrotów, a staje się strzałą wycelowaną w zagładę.

Krótko mówiąc, choć chyba to już jest jasne: ja nie wierzę w Koniec Świata. Nie wierzę w Sąd Ostateczny, powtórne przyjście Zbawiciela i życie po śmierci. Koniec Świata jest dla mnie opowieścią, mitem, rytuałem i narzędziem władzy, a przede wszystkim maszyną wytwarzania sensu. Interesuje mnie jakimi słowami go opisano, jakie instytucje go podtrzymywały i komu ta opowieść była potrzebna. Ale nie jestem w tym całkiem cyniczny… bo jednocześnie się boję. Nie wierzę, ale się boję… Już nie tego, że na ognistej chmurze nadejdzie Niebiański Mściciel, ale tego, że bez Końca Świata moje życie zostaje zawieszone w pustce bezkierunkowej przypadkowości. Nic nigdy się nie okaże, a ja jestem skazany na tu i teraz.

I jeszcze jedno: jeśli czytelnik pozwoli, będę się do niego/niej zwracał na ty.